Jako,
że skutkiem pewnych okoliczności nabawiłam się lekkiej obsesyjki
na punkcie Franza Josefa z rodziną, pilnie oglądam wszystkie filmy
austriackim Habsburgom poświęcone, jakie nawiną mi się pod rękę.
Przerobiłam zatem "Mayerling" z Omarem Sharifem,
melodramatyczny do bólu zębów i żołądka, a potem sięgnęłam
po dzieło nowsze, telewizyjny film "Kronprinz Rudolf",
wyprodukowany w roku 2006. Miałam nadzieję, że twórcy współcześni
zechcą zrezygnować z melodramatyzmu i cukru na rzecz jako takiego
obiektywizmu i w miarę wiernego oddania skomplikowanej osobowości
arcyksięcia. A Bogać tam.
Autorzy
"Kronprinza..." pojechali stereotypem, zaczynając od
obsadzenia w roli tytułowej niejakiego Maxa von Thuna, młodziana o
świeżym obliczu, niewinnym wejrzeniu i często prezentowanym
rozbrajającym uśmiechu.

Max von Thun, czyli Łozkoszny Łudolf.
Ten śliczny chłopiec prezentuje nam
Rudolfa jako kobieciarza, owszem, ale przy tym głębokiego
romantyka, uduchowionego bez granic i natchnionego idealistę, który
światłym swym umysłem dostrzega w przyszłości wybuch I Wojny i
usiłuje mu zapobiec. A przeciw niemu staje ograniczony i tępy jak
pal cesarz Franciszek Józef, psychopatyczny militarysta cesarz
Wilhelm, wredna i ograniczona arcyksiężna Stefania oraz pan Zło
Wcielone, osobisty wysłannik Lucyfera, człowiek bardziej
makiaweliczny niż sam Macchiavelli, pragnący wtrącić Austrowęgry
na powrót do Średniowiecza, czyli graf Taaffe.
Ale
zacznijmy od początku. Poznajemy oto Rudolfa jako młodziana wieżo
wchodzącego w wiek dojrzały, romansującego sobie z Heleną
Vetsera. Tenże młodzian na polecenie swego mentora, a zarazem
malarza, Hansa Canona, przywdziewa zgrzebne szaty i udaje się na
ulice Pragi, słuchać co mówi lud. W wolnych chwilach Rudi rozdaje
także chleb biednym dziatkom, istny Jezus Chrystus von Habsburg po
prostu.Rzecz jasna widziana w zaułkach bieda porusza wrażliwą
duszę następcy tronu, a ponętna córka piekarza porusza także coś
w arcyksiążęcych spodniach. Słuchający ludu i piekarzówny
Rudolf poczyna pisać sążniste epistoły do wiedeńskiej gazety
prowadzonej przez jego przyjaciela, Szepsa, tymczasem rodzice
piekarzówny odkrywają romans i dzieje się tragedia. Pospiesznie
wysłana na wieś i wydana za mąż piekarzówna usiłuje uciec,
przeziębia się i umiera w szpitalu, z Rudolfem szlochającym przy
jej łożu. W tym momencie nie wiedziałam co mam zrobić, śmiać
się w głos, zapłakać nad tym melodramatycznym gniotem, czy rzucić
laptopa i uciec z krzykiem.
Dalej
fabuła prowadzi nas przez koleje życia Rudolfa, starannie
izolowanego od polityki przez, rzecz jasna, demonicznego grafa
Taaffe, dyskretnie manipulującego cesarzem. Rudolf gada rzeczy,
których by się towarzysz Gierek nie powstydził, oburza się, że
niedobrzy doradcy nie dają jego ojcu rządzić, zasypując go
bzdurnymi papierami do wypełnienia, a trzymając z dala od
rzeczywistych problemów, chadza do burdelu (w którym najczęściej
uprawia działalność pisarską albo gra w szachy), żeni się ze
Stefanią, która z mety okazuje się tępą idiotką, zdolną tylko
do robienia mężowi kolejnych awantur... Nade wszystko zaś nasz
biedny Rudi prowadzi nader burzliwy związek z tatusiem, który mało,
że go nie rozumie, co jest zgodne ze stanem faktycznym, ale do tego
poniża Rudolfa przy każdej okazji, odmawia mu jakichkolwiek
talentów, a do tego daje pomiatać następcą tronu innym, z
Mrocznym Grafem T. na czele.
Mroczny
Graf zaś nieustająco knowa przeciw Rudolfowi i nasyła nań
nagłupszych szpiegów jakich zrodziła C-K Monarchia. Panowie otóż
snują się za arcyksięciem krok w krok wcale się nie kryjąc, a za
to ziając śledzonemu niemalże w kark. Na ten przykład podczas
supertajnej randki Rudiego z Mary Vetsera, gdzieś w parku, Herr
Meissner stał sobie piętnaście metrów dalej, pod drzewkiem,
gapiąc się na księcia jak sroka w gnat i notując z takim zapałem,
że nieledwie dym mu leciał ze stron kajetu. Brakowało tylko
wielkiej tablicy ze strzałą wycelowaną w wysłannika Mrocznego
Grafa i napisem "Ein Spion hier". Co śmieszniejsze drogi
Rudi, mimo iż zdarzyło mu się zżymać na to, ze jest śledzony z
rozkazu Taaffe, przez większość czasu zachowuje się tak, jakby
oczywistych działań Herr Meissnera i jego kolegów nie dostrzegał
i na przykład idzie sobie z kapusiem na ogonie knować spisek
przeciw cesarzowi. Po czym jest oczywiście niezmiernie wstrząśnięty,
gdy Mroczny Graf pokazuje mu notatki szpiega, na dowód, że wie o
wszystkim.

Graf Taaffe: dwa oblicza Mroku (a każdy pretekst jest dobry, żeby wstawić zdjęcie Uwe).
A
mroczność Grafa przekracza wszelkie granice. Taaffe jest wręcz tak
mroczny, że światła same gasną na jego widok, śnieg czernieje, a
świeżo uprana bielizna żółknie z wrażenia. Jest obrzydłym
konserwatystą, któremu oczy znacząco ciemnieją, gdy wymawia słowo
"liberałowie", z lubością produkuje ustawy, zmuszające
dzieci do pracy i jest zagorzałym orędownikiem sojuszu z Niemcami,
za wszelką cenę. Najdosłowniej za wszelką cenę, bo kiedy
Stefania rodzi dziecko, Taaffe niedwuznacznie sugeruje, że jeśli
będzie to syn, trzeba będzie coś z tym zrobić. bo przecież
Rudolf ani jego potomkowie, jako profrancuscy liberałowie na tronie
zasiąść nie powinni. Na szczęście rodzi się córeczka, więc
nie wiemy co Mroczny Graf planował uczynić. A że jest bezwzględnym
zamordystą, nie mogło być to nic dobrego. Rozbawiła mnie scena,
kiedy Taaffe sugeruje, że należałoby zamknąć gazetę Szepsa, za
publikację artykułów Juliusa Felixa, pod którym to pseudonimem
ukrywał się, rzecz jasna, arcyksiążę. Cesarz upomina wtedy
premiera, że w Austrowęgrzech takich rzeczy się wszak nie robi,
nie to prawo, nie ten obyczaj. Mam rozumieć, że Herr Minister -
Präsident Taaffe,
od wielu lat piastujący w C-K Monarchii najwyższe urzędy
państwowe, nie znał realiów kraju, którym rządził? Zaiste,
Mroczny Graf musiał być niewiele inteligentniejszy od własnych
szpiegów.
Jedyną
osobą która jako tako rozumie polityczne plany Rudolfa, jest Sisi,
darząca syna czułością i doradzająca mu ucieczkę z kraju
(genialny plan, nie?). Tylko Sisi widzi zagrożenie wielką wojną
oraz konieczność reform, tudzież pochylenia się z troską nad
ludem, reszta dworu jest w czambuł ślepa, albo mroczna. Bo też
twórcy nie potrafili się powstrzymać, żeby nie odmalować
cesarzowej jako niemal świętej, uciśnionej dworskim życiem,
wrażliwej istoty. Ktoś podsunie kubełek?
Ale
ale, mamy przecież w tym wspaniałym dziele także wątek cudownej,
romantycznej miłości między Rudim a Mary Vetsera. Baronównę
poznajemy tu jako malutką dziewczynkę, którą Rudi widuje przy
okazji flirtów z jej matką, potem jako dziecię nieco większe,
maniakalnie zbierające wszelkie wycinki i inne ciekawostki na temat
Rudolfa. I zapewniające arcyksięcia, że kiedyś zostanie
najlepszym i najkochańszym cesarzem wszechczasów. Więcej lukru
naprawdę chyba się nie dało wcisnąć. Dziewczę rośnie, obsesja
wraz z nim, aż wreszcie wyrasta na mdłą, romantyczną firanę,
której wszystkie kwestie obracają się dookoła Rudolfa i wielkiej
miłości do niego. Na nic innego w mózgu Mary już nie ma miejsca.

Łzawa łania, czyli Mary.
Muszę stwierdzić, że tendencja do robienia z Vetserówny firany
drażni mnie tak samo, jak przerabianie Rudolfa na czułego
romantyka. Baronówna, choć obsesję na tle Rudiego miała potężną,
rasowa psychofanka po prostu, była jednak energiczną, żywiołową
dziewczyną o gorącym temperamencie, gotową nawet rodzinie
cesarskiej skakać do oczu. Z całą pewnością nie ograniczałaby
się do stania i łzawego spoglądania na wyrządzającą jej
przykrość osobę.
No
ale cóż, mamy Mary - firanę i Rudolfa, uduchowionego księcia i
mamy wielką miłość między nimi. Objawiającą się głównie
pleceniem melodramatycznych i łzawych andronów, od słuchania
których było mi zdecydowanie niedobrze. Wyobraźcie sobie na
przykład, że pewnego pięknego dzionka Mary i Stefania przychodzą
do Rudiego jednocześnie. Rudi wpada rozamorowany do przedpokoju,
widzi żonę i kochankę, zastyga jak posąg, robi się niemiło.
Dochodzi do wymiany zdań między arcyksiężną i baronówną, w
trakcie której Stefania przypomina uprzejmie, że w obliczu Boga to
ona jest żoną Rudolfa, czy książę tego chce, czy nie. Na co
Mary, z okiem stosownie łzawym i wejrzeniem jagnięcym wali
następującą kwestią: "Czy w oczach Boga nie liczy się tylko
miłość?" To prawie dorównuje wildhornowskiemu "Czemu
mnie tak nienawidzisz?", pytaniu, które Vetserówna w musicalu
zadaje Stefanii.
No
i tak wygłaszają te wzniosłe bzdury ( w tym filmie nie ma ani
jednego normalnego dialogu, ani jednej naturalnie brzmiącej
kwestii), Rudolf niknie w oczach, Mroczny Graf udaremnia mu wszelkie
plany, tatuś nie kocha, a żona jest wredną zołzą, której nie
pozwalają mu się pozbyć. Arcyksiążę postanawia zakończyć
żywot, Mary, przejrzawszy zamiary księcia, w trakcie wsiadania do
powozu, mającego ją odesłać z Mayerlingu do Wiednia, wpada z
powrotem do zameczku i domaga się, żeby ją też kropnął,
albowiem żyć bez niego nie może. No to co miał chłopina zrobić?
Kropnął.
Po
czym dowiadujemy się (nie wprost), że przez Mrocznego Grafa, który
doprowadził Rudolfa do samobójstwa, wybuchła I Wojna Światowa.
Tak, to jest właściwa chwila by wykonać coś takiego:

Reasumując,
nie polecam tego filmu nikomu. Jest ckliwy do bólu, nudny, jak
przemówienie w sejmie, pełen nieprawdopodobieństw i czystych
idiotyzmów wysokiej klasy. Co oznacza, że na porządny portret
filmowy arcyksięcia Rudolfa przyjdzie jeszcze trochę poczekać.