|
Opinia kompletnej wariatki bardzo się przydaje -Holly Golightly
środa, 31 sierpnia 2011
Uśmiechnij się!
Nie żeby moje życie towarzyskie było przesadnie bogate, względnie rozpasane, ale jakieś jest. W związku z czym od czasu do czasu spotykam na swej drodze rozmaitych facetów, niektórzy zaś z nich nawet usiłują mnie podrywać. Wpis niniejszy może posłużyć im jako instrukcja, mówiąca czego powinni bezwzględnie unikać. Nie tak dawno temu bawiłam u przyjaciółki w Wielkim Mieście. Postanowiłyśmy pouprawiać życie nocne i w tym celu poszlajałyśmy się nieco po klubach. W jednym z nich zaczepił nas chłopak, całkiem nawet przystojny i sympatyczny. A jednak, a jednak mili państwo, po pięciu minutach w jego towarzystwie zaczęłam się gotować. Nie z żądzy, skąd znowu, z rasowej furii. Otóż młodzian ów co chwilę nakazywał mi, gestem lub słowem, abym się uśmiechnęła. Regularny był, jak zegar z kukułką, a mnie trafiał szlag. Okej, typem amerykańskim to ja nie jestem, wyszczerzu permanentnego na licu nie obnoszę, to się zgadza. Jednakże w miłym towarzystwie problemów z przyjemnym wyrazem twarzy nie mam, uśmiech robi mi się sam. I tu dochodzimy do sedna sprawy. Otóż zasada jest taka, że jeśli, mężczyzno szanowny, chcesz ujrzeć jak me lico opromienia uśmiech nadobny, to się postaraj, żeby mi się chciało uśmiechnąć. Nie truj mi i nie zawracaj głowy napominaniem "Uśmiechnij się! No uśmiech proszę!" Jako się rzekło w dobrym towarzystwie uśmiech pojawi się na mej twarzy automagicznie, nie zgrywam więc zaklętej księżniczki w wieży. Wystarczy, że dany osobnik będzie miły. Natomiast namolne trucie odbiorę jako wtargnięcie w moje obszary niejako intymne. Nie jestem, do licha, klownem w cyrku, ani prezenterem w telewizji, nie uśmiecham się na zawołanie. Uśmiecham się, kiedy mam na to ochotę, tak trudno pojąć? Ugh.
czwartek, 14 kwietnia 2011
Rzecz o hennie
Dzisiaj, moi mili parafianie, a zwłaszcza parafianki, będzie słowo o hennie, czyli jak farbować sobie kudły, żeby było miło, naturalnie i pachnąco. Zaczniemy od podstaw, czyli od tego, co to jest henna, ponieważ pobieżna lektura wątków na rozmaitych forach babskich i kosmetycznych pozwala mi mniemać, iż naród, tak zasadniczo nie wie co to jest. I bierze za hennę wszelkie żelowe i płynne mazidła do włosów, które mają na pudełku napisane "henna", z których większość koło prawdziwej, rzetelnej henny nawet nie stała. Stąd bierze się czarna legenda, w myśl której henna wysusza włosy, oblepia je i osłabia, farbuje na zielono i różne inne straszności czyni. Te tam wszystkie henny w żelu, szamponetki i tym podobne, owszem, mogą robić włosom źle, natomiast prawdziwa henna robi włosom dobrze. I nie, niczego nie oblepia, słowo rudej Wiedźmy. A zatem: co to jest henna? Jest to wysuszone i sproszkowane ziele lawsonii bezbronnej, rośliny, która w stanie dzikim rośnie sobie na obszarze od Indii po Afrykę Północną, a uprawiana bywa także w innych częściach świata. Henna sama z siebie ufarbuje włosy na kolor od płomiennego pomarańczu po ciemny kasztan, względnie kasztanowe refleksy na uwłosieniu czarnym, zatem wszelkie blondy, burgundy, czernie i inne takie zawierają w sobie rozmaite dodatki, ziołowe albo chemiczne. To, co bywa nazywane "czarną henną" to jest na ogół indygo, czyli ususzone i sproszkowane liście indygowca barwierskiego. Trzeci rodzaj henny na jaki możecie się natknąć, tak zwana "henna naturalna", to jeszcze inne ziele, mianowicie senna. Ona nie barwi, za to odżywia włosy. Generalna zasada jest zaś taka, że im drobniejszy i czystszy proszek, bez badyli i innych takich, tym lepsza henna. Przechodzimy do części drugiej, czyli jak przyrządzić hennę. Wbrew temu, co na ogół pisze się na ulotkach i opakowaniach nie należy używać gorącej wody, a już w żadnym wypadku wrzącej. Wrzątek zwyczajnie zamorduje barwnik i chałę będziemy mieć, a nie farbowanie. Wziąć należy wodę w temperaturze pokojowej, względnie, jeśli jesteśmy niecierpliwi i nie mamy ochoty czekać kilkunastu godzin aż się uwolni barwnik, przyjemnie ciepłą. Można też użyć na ten przykład herbaty rumiankowej, bardzo mocnej, nie gorącej rzecz jasna. Wysypujemy tedy nasz proszek na michę, dolewamy do niego wody/rumianku, wciskamy cytrynę, albo aplikujemy kieliszek wina, bo henna lubi jak jej kwaśno i mieszamy. Ma być dosyć gęste, ale nie za przesadnie, łyżka w tym stać nie powinna. I pamiętać należy, że powinno być tego towaru dosyć dużo, nie żałujmy sobie. Wymieszawszy, zakrywamy miskę folią kuchenną, odstawiamy w ciepłe miejsce i czekamy, kilka do kilkunastu godzin. Dlatego rozsądnym jest zrobić sobie mieszankę wieczorem, odstawić na noc i zaaplikować sobie dnia następnego. Kiedy już nasza mieszanka wypuści z siebie barwnik i wygląda mniej więcej tak: ![]() ...dodajemy do niej nieco wody, bo trochę nam w międzyczasie zgęstniała. Jeśli mamy życzenie, żeby nasze włosy pachniały, dodajemy parę kropel olejku zapachowego, ja dorzuciłam też paprykę w proszku. Czerwone chciałam, no. Mieszamy jeszcze raz, przy czym mikstura powinna mieć konsystencję plus minus bardzo gęstego jogurtu naturalnego, po czym przebieramy się w stary podkoszulek, którego nam wcale nie żal i ładujemy sobie to zielonkawe coś we włosy, obkładając grubo jak się da. Owijamy potem łeb foliową reklamówką, możemy dołożyć na wierzch stary ręcznik i czeeeeeekaaaaamyyy. Długo. Kilka godzin. Aha. Nie polecam nakładania henny gołymi rękami, chyba, że nie przeszkadza wam posiadanie przez klika do kilkunastu dni pomarańczowych dłoni i paznokci. Po tych kilku godzinach wkładamy głowę pod kran, płuczemy, następnie myjemy włosięta i zapodajemy odżywkę, żeby się resztki henny ładnie wyślizgały nam z włosów. Polecam też starannie wypłukać uszy, bo się tam henna lubi zaplątać. Kiedy włoski nam wyschną objawi się pierwszy efekt, który będzie z początku w odcieniach dość wściekle oranżowych. Ale nie lękajcie się, kolor ściemnieje, nabierze głębi i wyszlachetnieje. Tak wyglądają moje włosy, po dwóch tygodniach od farbowania: ![]() Kolor wyjściowy (czyli ten przed farbowaniem) to ciemny brąz z rudawym połyskiem, po hennie Eld, której, swoją drogą, nie polecam. Kto włada angielskim, a jest chętny dowiedzieć się o hennie więcej, niech odwiedzi stronę Henna for Hair Są tam szczegółowe informacje o tym jak działa henna, przepisy na mieszanki i mnóstwo innnych ciekawych rzeczy.
niedziela, 27 marca 2011
Komunikacja, za przeproszeniem, zbiorowa
Ponieważ nie posiadam samochodu, a w duszy mej kwitnie potężna niechęć do siadania za kierownicą, skazana jestem na korzystanie z komunikacji publicznej oraz zbiorowej. A w tym pięknym kraju komunikacja zbiorowa nie jest po to, żeby przeciętny obywatel mógł przewieźć swój tyłek z punktu A do punktu B, o nie. Jej nadrzędnym celem jest doprowadzanie obywatela do furii. Przykład pierwszy. Dzień biały, a nawet samo południe, przystanek przy ruchliwej drodze wojewódzkiej, pięć kilometrów od miasteczka średnich rozmiarów, przez które rzeczona droga biegnie. Na przystanku ja, stoję i kwitnę wonnym kwieciem, bo nie przyszło mi do łba, że przewoźnik zlikwiduje wszelkie połączenia do miasteczka, między godziną 10 a 14. Po prostu niech ci nie przyjdzie do głowy, obywatelu, szalona myśl by jechać do miasta w środku dnia. Możesz rano, możesz po południu, ale w południe? Wykluczone, albo samochód se kup.
Rozkłady bowiem, i nie dotyczy to tylko PKS, są układane tak, by były jak najbardziej bezsensowne i jak najbardziej niewygodne dla podróżnego. Taka zasada. Przykład drugi. Noc ciemna i głucha, dworzec kolejowy w Katowicach, pociąg do Krakowa raczy się spóźniać. No i co z tego, że się raczy, informacji nie ma żadnej, nawet się nie wyświetla na tablicy na peronie, że ten pociąg przyjedzie. No bo po co, podróżny przecież tylko dupę zawraca personelowi i przeszkadza, a oni tu są w pracy! Bo jeśli ci się wydawało, czytelniku luby, (choć nie sądzę, żeby były w tym kraju osoby tak oderwane od rzeczywistości) że jesteś klientem, któremu koleje świadczą usługę i w związku z tym powinny dbać o twoje samopoczucie, bo jak ci się nie spodoba, to nie będziesz jeździł, otóż nie, mój drogi. Jesteś wrzodem na tyłku, uprzykrzeniem dni powszednich i zawadą do kwadratu. Kolej by świetnie funkcjonowała, gdyby nie twoje kretyńskie wymagania, żeby pociągi były punktualne, w wagonie było czysto i żebyś miał gdzie siedzieć. A w kiblu postać nie łaska? Ciesz się, że jedziesz i nie narzekaj. W tym zapewne duchu kolej dbała o zdrowie pasażerów pociągu Kraków - Warszawa, wyłączając we wczesnych godzinach poranka nie tylko światło w wagonach, ale i ogrzewanie. Jest marzec, znaczy wiosna, nie marudzić i zapiąć płaszczyki. Tenż sam duch natychał zapewne autorów rozkładów jazdy PKS, które mają to do siebie, że się nie zgadzają. To, co wisi w internecie nie zgadza się z tym, co na dworcach, a jedno i drugie miewa średnią zgodność z rzeczywistością. No ale pasażera rozpieszczać nie należy, bo jeszcze mu przyjdzie do głowy, że ma jakieś prawa. I wredy dopiero zacznie przeszkadzać!
poniedziałek, 03 stycznia 2011
Jezus Chrystus von Habsburg
Jako, że skutkiem pewnych okoliczności nabawiłam się lekkiej obsesyjki na punkcie Franza Josefa z rodziną, pilnie oglądam wszystkie filmy austriackim Habsburgom poświęcone, jakie nawiną mi się pod rękę. Przerobiłam zatem "Mayerling" z Omarem Sharifem, melodramatyczny do bólu zębów i żołądka, a potem sięgnęłam po dzieło nowsze, telewizyjny film "Kronprinz Rudolf", wyprodukowany w roku 2006. Miałam nadzieję, że twórcy współcześni zechcą zrezygnować z melodramatyzmu i cukru na rzecz jako takiego obiektywizmu i w miarę wiernego oddania skomplikowanej osobowości arcyksięcia. A Bogać tam. Autorzy
"Kronprinza..." pojechali stereotypem, zaczynając od
obsadzenia w roli tytułowej niejakiego Maxa von Thuna, młodziana o
świeżym obliczu, niewinnym wejrzeniu i często prezentowanym
rozbrajającym uśmiechu.
Max von Thun, czyli Łozkoszny Łudolf. Ten śliczny chłopiec prezentuje nam Rudolfa jako kobieciarza, owszem, ale przy tym głębokiego romantyka, uduchowionego bez granic i natchnionego idealistę, który światłym swym umysłem dostrzega w przyszłości wybuch I Wojny i usiłuje mu zapobiec. A przeciw niemu staje ograniczony i tępy jak pal cesarz Franciszek Józef, psychopatyczny militarysta cesarz Wilhelm, wredna i ograniczona arcyksiężna Stefania oraz pan Zło Wcielone, osobisty wysłannik Lucyfera, człowiek bardziej makiaweliczny niż sam Macchiavelli, pragnący wtrącić Austrowęgry na powrót do Średniowiecza, czyli graf Taaffe. Ale zacznijmy od początku. Poznajemy oto Rudolfa jako młodziana wieżo wchodzącego w wiek dojrzały, romansującego sobie z Heleną Vetsera. Tenże młodzian na polecenie swego mentora, a zarazem malarza, Hansa Canona, przywdziewa zgrzebne szaty i udaje się na ulice Pragi, słuchać co mówi lud. W wolnych chwilach Rudi rozdaje także chleb biednym dziatkom, istny Jezus Chrystus von Habsburg po prostu.Rzecz jasna widziana w zaułkach bieda porusza wrażliwą duszę następcy tronu, a ponętna córka piekarza porusza także coś w arcyksiążęcych spodniach. Słuchający ludu i piekarzówny Rudolf poczyna pisać sążniste epistoły do wiedeńskiej gazety prowadzonej przez jego przyjaciela, Szepsa, tymczasem rodzice piekarzówny odkrywają romans i dzieje się tragedia. Pospiesznie wysłana na wieś i wydana za mąż piekarzówna usiłuje uciec, przeziębia się i umiera w szpitalu, z Rudolfem szlochającym przy jej łożu. W tym momencie nie wiedziałam co mam zrobić, śmiać się w głos, zapłakać nad tym melodramatycznym gniotem, czy rzucić laptopa i uciec z krzykiem. Dalej fabuła prowadzi nas przez koleje życia Rudolfa, starannie izolowanego od polityki przez, rzecz jasna, demonicznego grafa Taaffe, dyskretnie manipulującego cesarzem. Rudolf gada rzeczy, których by się towarzysz Gierek nie powstydził, oburza się, że niedobrzy doradcy nie dają jego ojcu rządzić, zasypując go bzdurnymi papierami do wypełnienia, a trzymając z dala od rzeczywistych problemów, chadza do burdelu (w którym najczęściej uprawia działalność pisarską albo gra w szachy), żeni się ze Stefanią, która z mety okazuje się tępą idiotką, zdolną tylko do robienia mężowi kolejnych awantur... Nade wszystko zaś nasz biedny Rudi prowadzi nader burzliwy związek z tatusiem, który mało, że go nie rozumie, co jest zgodne ze stanem faktycznym, ale do tego poniża Rudolfa przy każdej okazji, odmawia mu jakichkolwiek talentów, a do tego daje pomiatać następcą tronu innym, z Mrocznym Grafem T. na czele. Mroczny Graf zaś nieustająco knowa przeciw Rudolfowi i nasyła nań nagłupszych szpiegów jakich zrodziła C-K Monarchia. Panowie otóż snują się za arcyksięciem krok w krok wcale się nie kryjąc, a za to ziając śledzonemu niemalże w kark. Na ten przykład podczas supertajnej randki Rudiego z Mary Vetsera, gdzieś w parku, Herr Meissner stał sobie piętnaście metrów dalej, pod drzewkiem, gapiąc się na księcia jak sroka w gnat i notując z takim zapałem, że nieledwie dym mu leciał ze stron kajetu. Brakowało tylko wielkiej tablicy ze strzałą wycelowaną w wysłannika Mrocznego Grafa i napisem "Ein Spion hier". Co śmieszniejsze drogi Rudi, mimo iż zdarzyło mu się zżymać na to, ze jest śledzony z rozkazu Taaffe, przez większość czasu zachowuje się tak, jakby oczywistych działań Herr Meissnera i jego kolegów nie dostrzegał i na przykład idzie sobie z kapusiem na ogonie knować spisek przeciw cesarzowi. Po czym jest oczywiście niezmiernie wstrząśnięty, gdy Mroczny Graf pokazuje mu notatki szpiega, na dowód, że wie o wszystkim.
Graf Taaffe: dwa oblicza Mroku (a każdy pretekst jest dobry, żeby wstawić zdjęcie Uwe). A mroczność Grafa przekracza wszelkie granice. Taaffe jest wręcz tak mroczny, że światła same gasną na jego widok, śnieg czernieje, a świeżo uprana bielizna żółknie z wrażenia. Jest obrzydłym konserwatystą, któremu oczy znacząco ciemnieją, gdy wymawia słowo "liberałowie", z lubością produkuje ustawy, zmuszające dzieci do pracy i jest zagorzałym orędownikiem sojuszu z Niemcami, za wszelką cenę. Najdosłowniej za wszelką cenę, bo kiedy Stefania rodzi dziecko, Taaffe niedwuznacznie sugeruje, że jeśli będzie to syn, trzeba będzie coś z tym zrobić. bo przecież Rudolf ani jego potomkowie, jako profrancuscy liberałowie na tronie zasiąść nie powinni. Na szczęście rodzi się córeczka, więc nie wiemy co Mroczny Graf planował uczynić. A że jest bezwzględnym zamordystą, nie mogło być to nic dobrego. Rozbawiła mnie scena, kiedy Taaffe sugeruje, że należałoby zamknąć gazetę Szepsa, za publikację artykułów Juliusa Felixa, pod którym to pseudonimem ukrywał się, rzecz jasna, arcyksiążę. Cesarz upomina wtedy premiera, że w Austrowęgrzech takich rzeczy się wszak nie robi, nie to prawo, nie ten obyczaj. Mam rozumieć, że Herr Minister - Präsident Taaffe, od wielu lat piastujący w C-K Monarchii najwyższe urzędy państwowe, nie znał realiów kraju, którym rządził? Zaiste, Mroczny Graf musiał być niewiele inteligentniejszy od własnych szpiegów. Jedyną osobą która jako tako rozumie polityczne plany Rudolfa, jest Sisi, darząca syna czułością i doradzająca mu ucieczkę z kraju (genialny plan, nie?). Tylko Sisi widzi zagrożenie wielką wojną oraz konieczność reform, tudzież pochylenia się z troską nad ludem, reszta dworu jest w czambuł ślepa, albo mroczna. Bo też twórcy nie potrafili się powstrzymać, żeby nie odmalować cesarzowej jako niemal świętej, uciśnionej dworskim życiem, wrażliwej istoty. Ktoś podsunie kubełek? Ale
ale, mamy przecież w tym wspaniałym dziele także wątek cudownej,
romantycznej miłości między Rudim a Mary Vetsera. Baronównę
poznajemy tu jako malutką dziewczynkę, którą Rudi widuje przy
okazji flirtów z jej matką, potem jako dziecię nieco większe,
maniakalnie zbierające wszelkie wycinki i inne ciekawostki na temat
Rudolfa. I zapewniające arcyksięcia, że kiedyś zostanie
najlepszym i najkochańszym cesarzem wszechczasów. Więcej lukru
naprawdę chyba się nie dało wcisnąć. Dziewczę rośnie, obsesja
wraz z nim, aż wreszcie wyrasta na mdłą, romantyczną firanę,
której wszystkie kwestie obracają się dookoła Rudolfa i wielkiej
miłości do niego. Na nic innego w mózgu Mary już nie ma miejsca.
Łzawa łania, czyli Mary. Muszę stwierdzić, że tendencja do robienia z Vetserówny firany drażni mnie tak samo, jak przerabianie Rudolfa na czułego romantyka. Baronówna, choć obsesję na tle Rudiego miała potężną, rasowa psychofanka po prostu, była jednak energiczną, żywiołową dziewczyną o gorącym temperamencie, gotową nawet rodzinie cesarskiej skakać do oczu. Z całą pewnością nie ograniczałaby się do stania i łzawego spoglądania na wyrządzającą jej przykrość osobę. No ale cóż, mamy Mary - firanę i Rudolfa, uduchowionego księcia i mamy wielką miłość między nimi. Objawiającą się głównie pleceniem melodramatycznych i łzawych andronów, od słuchania których było mi zdecydowanie niedobrze. Wyobraźcie sobie na przykład, że pewnego pięknego dzionka Mary i Stefania przychodzą do Rudiego jednocześnie. Rudi wpada rozamorowany do przedpokoju, widzi żonę i kochankę, zastyga jak posąg, robi się niemiło. Dochodzi do wymiany zdań między arcyksiężną i baronówną, w trakcie której Stefania przypomina uprzejmie, że w obliczu Boga to ona jest żoną Rudolfa, czy książę tego chce, czy nie. Na co Mary, z okiem stosownie łzawym i wejrzeniem jagnięcym wali następującą kwestią: "Czy w oczach Boga nie liczy się tylko miłość?" To prawie dorównuje wildhornowskiemu "Czemu mnie tak nienawidzisz?", pytaniu, które Vetserówna w musicalu zadaje Stefanii. No i tak wygłaszają te wzniosłe bzdury ( w tym filmie nie ma ani jednego normalnego dialogu, ani jednej naturalnie brzmiącej kwestii), Rudolf niknie w oczach, Mroczny Graf udaremnia mu wszelkie plany, tatuś nie kocha, a żona jest wredną zołzą, której nie pozwalają mu się pozbyć. Arcyksiążę postanawia zakończyć żywot, Mary, przejrzawszy zamiary księcia, w trakcie wsiadania do powozu, mającego ją odesłać z Mayerlingu do Wiednia, wpada z powrotem do zameczku i domaga się, żeby ją też kropnął, albowiem żyć bez niego nie może. No to co miał chłopina zrobić? Kropnął. Po czym dowiadujemy się (nie wprost), że przez Mrocznego Grafa, który doprowadził Rudolfa do samobójstwa, wybuchła I Wojna Światowa. Tak, to jest właściwa chwila by wykonać coś takiego:
Reasumując, nie polecam tego filmu nikomu. Jest ckliwy do bólu, nudny, jak przemówienie w sejmie, pełen nieprawdopodobieństw i czystych idiotyzmów wysokiej klasy. Co oznacza, że na porządny portret filmowy arcyksięcia Rudolfa przyjdzie jeszcze trochę poczekać.
wtorek, 19 października 2010
Kosmiczno-metafizyczna kupa
Jako że tematyka paranormalna bliska jest mej duszy (Wiedźma w końcu jestem), kopałam sobie na przecudnej urody stronie Forgetomori. Nie jest to strona dla paranów, że użyję terminologii rodem z pl.misc.paranauki, raczej dla scepów, ponieważ autorzy zajmują się intensywnie tłumaczeniem, że nie wszystko UFO co się na niebiesiech świeci, oraz bezlitośnie wywlekają wszelkie, mniej lub bardziej udolne, oszustwa. Tamże natknęłam się na fragment filmu "Znaki" Shyamalana, który, notabene, kursuje po sieci jako nagranie autentycznego bliskiego spotkania. Obejrzałam i pomyślałam... A czemu nie, zobaczmyż całość. No i zobaczyłam, choć niejaki Gibson, występujący w roli głównej, dawno przestał wzbudzać moją sympatię, z racji swych pozaekranowych wyczynów. Gibson Gibsonem, obejrzałam "Znaki" i zostałam z niejakim WTF. Reżyser otóż zapragnął stworzyć film z głębią. Takim, wiecie, metafizycznym przesłaniem. Duchowym. Nie tam jakiś, broń Boże, zwyczajny horrorek. W związku z tym zaserwował nam głównego bohatera, pastora, który stracił powołanie i odwiesił koloratkę na kołek, albowiem w tragicznym wypadku zginęła jego żona. O czym przypomina nam się bezustannie, w rozmowach i we flashbackach, wyskakujących z głowy Mela G. w najmniej spodziewanych i sensownych momentach. Pan pastor posiada dwoje dzieci, młodszego brata (w tej roli wyjątkowo słodki i przytulny Joaquin Phoenix), oraz pole kukurydzy w którym kosmici robią kółka. A tak, zapomniałabym, posiada również ładny niebieski dom, z jakąś straszliwą ilością lampek nocnych, porozstawianych w rozmaitych miejscach. Mieszka sobie ten był pastor z dziećmi i bratem, co zarzucił obiecującą karierę basebalisty, ufoki gniotą mu kukurydzę, a on chadza na stratowane pole i wymyśla domniemanym oszustom, co ma symbolizować jego początkową niewiarę w kosmitów. Starsze dziecię pastora, syn, pełni rolę dyrygenta, albowiem posiada książkę ufologiczną, w której jest dokładnie napisane co nastąpi, a nawet artysta nieznany namalował płonący dom, całkiem taki sam jak ten naszych bohaterów, oraz statek zuych kosmitów co go podpalili. Oraz stosowną liczbę ciał przed domem wymalował. Na wypadek, gdyby jakiś tępy widz nie zakumał podobieństwa budowli, pastor na widok obrazka mówi "Całkiem jak nasz, co?", co ma stanowić taką, wicie, znaczącą scenę. Wymowną. Foreshadowing taki, że oni ci kosmici są źli i będą chcieli zrobić ziaziu. I, rzecz jasna, okazują się źli, napadają na domy, ale żadnej broni nie posiadają, prócz gazu rozpylanego z kolców na przegubach. Wytłumaczenie jest takie, że skoro walczą tylko wręcz, zamiast zrobić inwazję a'la Wojna Światów, to Ziemianie nie użyją przeciw nim atomicy. Serio serio. I faktycznie nie używają, w transmisjach radiowych tudzież telewizyjnych, jakie odbierają bohaterowie, nie ma mowy o tym, żeby przeciw porywającym masowo ludzi kosmitom wypuszczono jakieś wojsko. Karabiny, czołgi, miotacze ognia, tudzież temuż podobnież. Słyszymy tylko o zwycięskich walkach ludności cywilnej stoczonych z ufokami. Owi kosmici są w ogóle wybitnie mało rozgarnięci. Przedstawiciele wysoko rozwiniętej cywilizacji, która posiadła technologię umożliwiającą podróże międzygwiezdne, nie potrafią otworzyć głupich, banalnych drzwi.Wystarczy zabić je dechami, a kosmiczna technologia kaput, jej posiadacze kręcą się dookoła domu bez ładu i składu i uderzają w te pozabijane drzwi i okna jakby chcieli a nie mogli. A już drzwi podparte drągiem to bariera nie do przebycia i cóż że panowie z kosmosu potrafią przecisnąć się przez szyb wentylacyjny, kiedy sterta worków i innych rupieci barykadujących jego wylot zatrzymuje ich na amen. Nie przejdą, najwyraźniej w spodku nie ma żadnego laserowego działka albo innej szpanerskiej wyrzutni przenośnych dziur. Klapa i koniec, drzwi na drągu i stos berechreścia odbierają kosmitom wolę walki tak bardzo, że panowie zawijają się do swojego pojazdu i lecą w dal, nie dosięgnąwszy pastora i jego rodzinki. Co więcej, przedstawiciele wysoko rozwiniętej cywilizacji wyłażą na obcą planetę nadzy, bez żadnej odzieży ochronnej, chociaż rzeczona planeta pełna jest związku dla nich toksycznego, palącego ich ciała niczym kwas - wody. Tak, proszę państwa, wody, ha-dwa-o. I, tak przy okazji, reżyser każe kosmitom spędzić ładnych parę nocy w polu kukurydzy, a wierzcie mi, trudno przejść przez pole kukurydzy we wrześniową rosistą noc i nie zostać zmoczonym od stóp do głów. I każe części kosmitów dokonywać inwazji w Brazylii, kraju, który leży na równiku, w związku z tym klimat ma wilgotny jak wszyscy diabli. Ale rosa nie szkodzi, parne powietrze tropików też nie, bo woda robi się szkodliwa dopiero w finale, kiedy trzeba unieszkodliwić kosmicznego marudera. Takie deux ex machina, tak samo jak odlot kosmitów, we właściwym momencie, bo przecież wszystko musi zagrać, aby Mel G. mógł odzyskać powołanie. Tak. Powołanie jest tu najważniejsze, moment jego utraty jest przywoływany co chwilę, nie brak też łzawej sceny, kiedy Gibson wrzeszczy że już nigdy, przenigdy nie będzie się modlił! Są też duszno-metafizyczne konwersacje braci oraz ckliwe pogawędki pastora z dziatwą. Osobiście zabiły mnie dwie sceny, kiedy w czasie szturmu kosmitów na dom Gibson zaczyna znienacka opowiadać dzieciom jak to było kiedy się urodziły, jakie były piękne i jak reagowała mamusia tudzież otoczenie. Cała rodzina zastanawia się co robić i gdzie uciekać, a pastor znienacka eksploduje takimi historyjkami, kompletnie od czapy i bez związku z tym co się dzieje. Rozumiem, że miało być czule, kochająco i prorodzinnie, ale wyszło coś w stylu "tatusiowi się ze strachu posrało pod deklem". Cały ten przekaz o wierze i tak dalej jest podany tak topornie, że trudno byłoby to zrobić gorzej. No chyba, że na ekranie pojawiłyby się tablice, ze strzałami wskazującymi na pastora, głoszące "On stracił powołanie!", "Wiara to ważna rzecz!", "Pastor ma kryzys wiary, bo umarła mu żona!", "On odzyskał wiarę, alleluja!". Drewniane aktorstwo Gibsona nie pomaga, durny scenariusz ym bardziej. Jedyne co mi się tam podobało, to Joaquin Phoenix, wtedy jeszcze atrakcyjny młodzian, w roli niepewnego siebie, nieco infantylnego i bez reszty podporządkowanego starszemu bratu chłopaka. Ale jeden Joaquin to trochę za mało na całą resztę tej kosmicznie metafizycznej kupy.
czwartek, 16 września 2010
Jak się Wiedźma relaksuje, czyli sprawozdanie z musicalu
Ponieważ zżerają mnie nerwy sztachnęłam się ulubioną używką, acz w nieulubionej obsadzie. Odkopałam sobie "Elisabeth" we wiedeńskiej inscenizacji, z Mate Kamarasem i Mayą Hakvoort, po czym w trakcie oglądania zapisałam coś w rodzaju skrzyżowania relacji ze strumieniem świadomości. Kto jeszcze nie uciekł, niech czyta. Pisana relacya Wiedźmy z Eli 2005.
Nie będę sobie wyobrażać Serkana w peruce i małej czarnej. Nie będę. Wchodzi Tod. Mate, zamknij buzię, grzecznie proszę. Jeszcze raz ktoś mi powie, ze Mate ma lepszą emisję niż Uwe, to zabiję śmiechem. Podoba mi się, że jak w pierwszym Wiedniu Eli reprezentuje tylko portret. Osobista obecność Sisi w Essen mi nie pasowała. Mate naryczał na Serkana strasznym głosem. Jest to chyba jedna z niewielu inscenizacji Eli w której zamiast Toda wybrałabym Luchenia. Dlaczego mam wrażenie, że Maksa gra książę Eddie z "Rudolfa"? Molto romantico, e? Lucheni jest zdecydowanie uroczy. Bardzo zdecydowanie. Ludovica wyglądała jakby miała popuścić ze szczęścia z powodu mającego nastąpić ucesarzenia Nene. Świetna jest ta pani. Mate, czemu ty jesteś taki... taki... taki prozaiczny? Jak kilo pomidorów! Nic zwiewnego, zaświatowego, niematerialnego, twardy realizm ucieleśniony. Maya jest piękną kobietą, ale nastolatki jakoś mi nie chce przypominać, a w Schwarzer Prinz przestała nawet brzmieć jak małoletnia. Podziwiam moją pamięć wzrokową. Straszną Zochę gra Else Ludwig, całkiem tak samo jak we Wiedniu 1992. I wciąż jest doskonała. Zocha steruje Franzem za pomocą dyskretnych gestów i spojrzeń. Młody cesarz zaś reaguje jak dobrze naoliwiony automat. A w ogóle, dygresja, nie wiem czemu zamienili falbany i żaboty w białej koszuli Toda na kowbojskie frędzle. Falbanki rządziły! Andre Bauer chyba miał lekką głupawke w scenie oświadczyn, sądząc z jego min. Serkan brzmi momentami niemal bluesowo. Misiaczki, skoro Sisi miała wdziewać naszyjnik od Franza, trza było nie stroić jej w aksamitkę na szyi, bo wygląda jak zza płota. A naszyjnik przypomina gąsienicę. Stroje ślubne nieodmiennie nasuwają mi myśl o fizelinie, albo włókninie ogrodniczej. Fajne są, takie widmowe, ale fizelinowe skojarzenie nie chce się odczepić. W kategorii "Złowieszczy śmiech" oraz "bujanie się na sznurze od dzwonu" punkt wygrywa Uwe. Mate, idź poćwiczyć. Mmm. Twarz Mate w półmroku. Lekkie drgnięcie górnej wargi, błysk ząbków w ciemności. Wypadło to nader diabolicznie. Niestety zaczął śpiewać i wrażenie znikło jak mokry jaskier na bagnach. Gorzej, on usiłuje tańczyć, a to jest coś, czego szanowny Mateuszek nie powinien robić. Oraz stwierdzam, że w Wiedniu 1992 Tod posiadał znacznie ładniejsze ciuchy. Mateuszkowy fraczek i gacie z lampasem jakoś mi nie przypadają do gustu. Maya jest ciut za bardzo płaczliwa w konfrontacji z Zochą. Wolę bardziej bojowe Elki. Przydałby mi się podgrzewacz do kawy. Znowu wystygła, bo o niej zapomniałam. Elka, jaj trochę! Przestań spazmować i wkurw się! Masz się kłócić z Franzem i Zochą! Z życiem, kobito! Neonowa trumna. Khem. Udam straszliwie, że nic, ale to nic absolutnie mi się nie kojarzy. Mate, spróbuj chociaż raz nie warczeć. Proszę. BŁAGAM. *robi oczy małego pieska* "Die froehliche Apokalypse". Czy w tej kawiarni można zamówić jednego kelnera na wynos? Else Ludwig wspaniale morduje spojrzeniem. Rrrany, Maya znowu łkawicy dostała, tym razem serwujac cesarzowi ultimatum. Matuś, spróbuj nie śpiewać przez zęby, co? Prawie ci się udało brzmieć zaświatowo, ale zaciśnięta szczęka popsuła co nieco. Zaczynam mieć postulat, żeby Lucheni - Kaya tańczył na promieniu podczas Milch topless. A pani Esterhazy to, o spostrzegawcza ja, Kerstin Ibald. Mayi się fajnie z holenderska wokalizuje h w "gehoer". Kitsch. Serkan jest UPOJNY. Oraz miodny. Mayi pożałowali kasy na porządną kieckę koronacyjną. Zamiast tego ma dziwną imitację. O, Mate sprawdza którą z wystajacych końcówek Eli daje się oberwać. To stąd pochodzi koszmarna choreo pt. "Powyrywam Sisi rączki". W kategorii "Wenn ich tanzen will" jednakowoż Pia i Uwe rządzą jak chcą. Brakuje mi tej takiej... ciepłozimnej atmosferki w Mama Wo Bist Du. Uwe emanuje niemal ojcowskim ciepłem, a jednocześnie lata dookoła niego lodowaty astralny wiew. A Mate jest obrzydliwie realny. Szachownica! Uwielbiam! Zochowe "Schoen?" wypowiedziane przepięknie cierpkim tonem. Tak cierpkim, że można w nim marynować ogórki. Moja ulubiona część. Biskup stanowczo zaprotestował przeciw planowi Zochy, z punktu widzenia moralności, po czym ku radości arcyksiężnej, zaaprobował go z punktu widzenia polityki. Zadowolenie na twarzy Zochy - bezcenne. Końcówka "Nur kein grenieren" mnie rozbawiła. Rączka frau Wolf zakradła się w pewną... am, wrażliwą strefę ciała Lucheniego. Ten, jako że własnie śpiewał, przeszedł znienacka z tenoru na sopran, po czym chrząknął z lekkim zakłopotaniem. Tod się cieszy jak głupi do sera, ze Ela złapała syfa. Ma powód do radochy... O, a teraz zaryczał. Franz, ja się nie dziwię, że Sisi nie chciała z tobą seksu uprawiać. Też bym nie miała ochoty na igraszki z facetem, który wyglada, jakby przyczepił sobie do twarzy sznaucera. Bolesny jęk Mayi, którym zareagowała na widok w podetkniętym przez Luchenia lustrze był całkiem niezły. Za to Fritz Schmid jako Rudolf jest... bolesny. Jesper, wo bist du? Superduperheteroseksualny Tod ni z tego ni z owego rwie Rudolfa jak świeże wiśnie, milośnie ocierając się bioderkiem. Może jednak nie trzeba było iść na łatwiznę i pozbawiać Toda tego aspektu, który ci najbardziej nie leżał, Matyjaszku? Androgyniczność mam na myśli. A skoro się jej pozbyłeś, trza było inaczej Die Schatten rozegrać. Błagania Fritza pozwolę sobie przewinąć. Ten facet jest straszny. Mate nieźle wygląda w kiecce, ale uwielbiam pierwotny układ choreograficzny, z Todem, wywijającym Rudolfem. Poza tym Uwe lepiej całował. I focha w krypcie też strzelał bardziej malowniczo. Za to Lucheń rządzi. Cesarski koszmar. Mate warczy jak pies. Kosteczkę? A czegóż on tak ją przegiął? Wydaje mu się, że jest Rhettem Butlerem? No, przynajmniej nad całusem tym razem popracował.
poniedziałek, 23 sierpnia 2010
Bardzo dalecy bliscy
Człowiek jest zwierzęciem stadnym. Potrzebuje więc wokół siebie innych ludzi, prawda? Bliskich, którzy by go kochali, wspierali i wierzyli weń. I nawet mu się czasem wydaje, że ma, że go kochają, choć nie zawsze rozsądnie, choć nie zawsze umieją to okazać. Że widzą w nim zalety i dobre strony. Po czym wybucha jedna nieopatrzna kłótnia, rozpoczęta przez coś absurdalnie idiotycznego i prawda wyłazi na jaw, jak zasikana morska trawa ze starej kanapy. Że otóż twoi ukochani bliscy, człowieku, wierzą w ciebie i darzą cię dokładnie taką estymą, jak balasek, pozostawiony przez psa na trawniku. Taaaak. Szczęka opada, kiedy se człowiek uświadomi, że na wytłumaczenie jego zachowania, bliscy umiłowani bez mrugnięcia okiem wybiorą możliwie najpaskudniejsze wyjaśnienie, malujące go w barwach czarniejszych, niż włos z nosa samego Lucyfera. Jak na amerykańskich filmach, cokolwiek powiesz, czy zrobisz zostanie wykorzystane przeciw tobie i starannie wytłumaczone jako przejaw złej woli, kłamliwego charakteru i takich tam. Nie ma przebacz. Nie ma pobłażliwości, a o zrozumieniu należy zapomnieć na wieki. W związku z powyższym, drodzy bliscy, dalecy niczym Kamczatka z Czukotką, powiadam wam, pieprzcie się i wasze wierzchowce. Nie wierzycie we mnie? Kij wam w oko i korkociąg w dupsko, ja w siebie wierzyć zatem będę, tak mi dopomóż Zeus z Siwą i Huitzilopochtli. I będę chodzić z głową w chmurach, których się tak czepiacie, choćbym i setki dożyła, albo i dwusetki. Powiem więcej, do grobu mnie złożą, a jeden koniec trumny spowity będzie w obłoki i chuj wam do tego. A w tym paskudnym internecie, którym tak gardzicie, mogę przynajmniej spotkać ludzi, którzy naprawdę we mnie wierzą, chociaż w żadnych dokumentach nie widnieją jako moi bliscy. Ale, jak widać, prawdziwa bliskość nijak się ma do papierków. Was mich nicht umbringt, macht mich stark!
Ich werde es allen beweisen!
piątek, 06 sierpnia 2010
Uwoholizm
Upadłam na głowę, radykalnie i potężnie. Skutek jest taki, że razem z towarzyszką upadku stworzyłam forum poświęcone przyczynie upadku, czyli blondasowi rodem z Niemiec, a teraz będę je bezwstydnie reklamować. Drodzy rodacy! Bracia i siostry w musicalomanii! Oto na polskiej ziemi powstał kąt bezwstydnego uwielbienia dla twórczości i osoby Uwe Krögera! ...To jest ten pan w różowych szelkach. ![]() Ten pan śpiewa. Bardzo ładnie śpiewa. O tym panu można poczytać tu: Wiem, migający ten mój wpis, dobrze jeszcze, że nie sparkluje. Ludu pracujący miast i wsi, komu ten pan przypadł ddo gustu, niechaj nie waha się wstąpić na forum! Jest tam też kącik dla habsburgofili i wielbicieli cesarzowej Sisi. A w ogóle to planuję jeszcze na tym slicznym acz zakurzonym blogasku napisać jeszcze coś o wampirach, co plącze mi się od kilku dni pod czaszką. Ale to później.
piątek, 04 czerwca 2010
Upiorna eskapada
Dawno mnie tu nie było, ale najwyższy czas odkurzyć te kazamaty i napisać słówko o mojej ostatniej eskapadzie do stolicy kraju naszego. Celem wycieczki były dwa spektakle "Upiora w operze" w Romie, przy czym wieczorny był nominalnie ostatni (30 maja), chociaż nie ostatni, bo potem dołożono kilka w czerwcu, ale miał zawierać w sobie wszelkie atrakcje ostatniego, w tym tak zwaną zieleninę. Towarzystwo doborowe forumek od Tańca Wampirów się zebrało na tego nominalnie ostatniego Upiora, czy raczej Popiora, boć to Upiór nie tyle operowy, co popowy. Dojechałam bez przeszkód, choć zwiastun problemów zamajaczył na horyzoncie, albowiem jeden z rozkładów internetowych informował, ze autobus do Warszawy mam o 7:25, a nie o szóstej z minutami, jak donosiły inne. Pojechałam na szóstą, autobus był. Zatem dojechałam, dotarłyśmy do Romy i zaczęłyśmy się rozrywać. Spektakl pierwszy owszem, nie powiem, rozrywką był. Edyta Krzemień w roli Christine była rewelacyjna jak zawsze, Paweł Podgórski dzielnie (i nader dźwięcznie, jeżeli idzie o głos) sobie poczynał jako Upiór, a jego rywalowi, wicehrabiemu Talikowi też nic nie brakowało. No owszem, w pierwszym akcie nieco mnie zirytował dobitnie demonstrowanym brakiem wiary zarówno w słowa jak i poczytalność drogiej Krysi Daae, ale w drugim akcie błysnął rycerskością, odwagą i innymi przymiotami, rehabilitując się w zupełności. Padał na scenę w pojedynku wręcz przepysznie, Krystynę uwielbiał ogniście, do wroga zionął stosowną nienawiścią oraz wzgardą i ogólnie bardzo mi się spodobał. Pozostali aktorzy byli świetni w obu spektaklach. Złego słowa nie da się powiedzieć o dyrekcji opery, prześmiesznym Reyerze ("To ser! To ser! To ser! Ser! Ser!"), panu komponującym się w kurtynę podczas przemówienia dyektorów w Il Muto, czy też sekcji tanecznej. Pochwały gorące i wyrazy uwielbienia za to należą się przegenialnej Ani Gigiel, która w obu spektaklach demonstrowała gorący temperament divy. Czegóż tam nie było! Tupanie nóżką, miotanie mufką, piski w częstotliwościach godnych nietoperza, wrzaski a'la przekupka, okładanie białemi dłońmi kogokolwiek kto się nawinął, efektowne spazmy, miny "No całujcie me dłonie i sypcie tymi komplementami, to może wam wybaczę. Może." Istne cudo po prostu. Druga wiązanka komplementów przypada Ewie Lachowicz, przewdzięcznej Meg o srebrnym głosiku i ruchach gazeli, w której się niemal zakochałam. Sama słodycz, nie kobieta. Natomiast drugi spektakl, ten z pierwszą obsadą... Boziu kochana, jakiż to był ból! Ból znudzonego umysłu oraz zdrętwiałego na pierońsko niewygodnej dostawce tyłka, a flaki z olejem ciągnące się na scenie o niewygodzie zapomnieć nie pomogły. Nie wiedziałam wcześniej, że z takiego samograja jak Upiór można zrobić taki festiwal nudy. Damian Aleksander usilnie udawał, że jest Gerardem Butlerem, ale nim jednak nie był. Ja film znam na pamięć, niedawno go oglądałam i miałam wrażenie ciężkiego deja vu. Pozy, gesty, miny, rwane z filmu jak wiśnie z krzaka. Tylko wokal nie, bo Aleksander popadł w jakąś dziwnie stękającą manierę, a zaraz potem się zadyszał i do stękającego śpiewu dołożył sapanie, co razem wzbudziło we mnie dziką chęć ogłoszenia w teatrze zrzuty na olej rycynowy, względnie ziele senesu dla tego pana, żeby się przestał tak strasznie męczyć. A wczuwał się w Butlera do tego stopnia, że w momencie, w którym w filmie Butler ciągnie za sznurek i poddusza Raoula, Aleksander pociągnął też, ale za powietrze, bo mechanika hrabiowskiego stryczka była w Romie zupełnie inna i nie było sznurka do trzymania. Ów gest był więc radośnie pozbawiony sensu. Paulina Janczak za to zapatrzyła się chyba w koleżankę po fachu, Edytę mianowicie, bo dziwnym trafem wszelakie akcenty dramatyczne i wzniesienia głosu przypadały jej dokładnie tam, gdzie drugoobsadowej Krysi. Tyle, że talent aktorski nie ten, o wokalu nie mówiąc, więc wypadło to okrutnie kiepsko. Dochodzimy do wicehrabiego. Piotr Domalewski był, dla odmiany, kiepską kopią samego siebie. Kiepską, niemrawą i rozlazłą, nie wykazującą zbytniego zainteresowania tym co działo się dookoła. I tak nieziemsko nudną, że szczęki darły mi się rozpaczliwie w dwie strony na sam jego widok. Ta trójca dobiła spektakl i za taki pokaz nudy na europejskim poziomie to ja dziękuję szlycznie, ale nigdy więcej. Po spektaklu trochę się jeszcze pointegrowaliśmy towarzysko, po czym nadszedł czas odjazdów. I tu, na Dworcu Zachodnim, okazało się, że mój autobus nie istnieje. Owszem, figuruje w rozkładach internetowych, co niezwykle starannie sprawdziłą ukochana ma koleżanka Sabina, ale nie figuruje w rzeczywistości. A to był mój ostatni autobus tego wieczora... Mignęła mi przed oczami perspektywa noclegu na dworcu, na szczęście moje koleżanki miały więcej przytomności umysłu niż ja i błyskawicznie zostałam ulokowana na nocleg u kolejnej koleżanki forumki, którą niechaj Bogowie błogosławią, ją i jej zacną ciocię, za okazaną mi niebywałą gościnność. Przenocowana przez dobrych ludzi dotrwałam rana. Rano pierwszy autobus mi uciekł, bo akurat stolica wyhodowała w swym łonie korek, spowalniając mnie, a pan kierowca postanowił wyjechać przed czasem. Zatem jechałam oryginalnie, wybierając autobus, który jechał w zgrubsza pożądanym kierunku, dając nadzieję na póżniejszą przesiadkę w autobus właściwy. Rzecz jasna musiałam zadzwonić do szefowej i wytłumaczyć się czemu nie będzie mnie na jedynej lekcji, którą miałam tego dnia mieć. Pożegnałam dobroczyńczynię, która odprowadziła mnie na PKS (i po raz kolejny wyrażam gigantyczną wdzięczność!) i pojechałam. Z dwudziestominutowym spóźnieniem, bo skoro już stałam na tym dworcu, to autobus mógł się spóźnić, nie? No. Z dwoma przesiadkami na dworcach, gdzie diabeł mówi dobranoc, a może nawet i dzień dobry, dojechałam do domu, załapując się przy okazji na antypapierosowy pokaz taneczny. PKS darzę od tej poy głęboką nieufnością, ale, drodzy przyjaciele i sąsiedzi... ...Ale już marzy mi się jakiś porządny wakacyjny wypad w świat. Pomijając moją bujnie rozkwitłą austriacką monomanię, i nie będę udawać, że Uwe i musicale nie mają tu nic do rzeczy, jest całkiem niezły kawałek Europy do obczajenia. Tylko ekipy brak!
niedziela, 07 marca 2010
Ulżywam sobie
Po raz kolejny w ciągu ostatnich dni obudziłam się z zapuchniętymi ślepiami, wskazującymi, że płakałam przez sen. W głowie huczy mi młyn myśli, jedna czarniejsza i bardziej histeryczna od drugiej. Mam dosyć. Mam, kurwa, dosyć. Mam dosyć własnej histerii i drażliwości. Mam dosyć poczucia, ze świat sprzysiągł się przeciwko mnie. Wiecie jak to wykańcza kiedy w każdym geście i słowie widzi się dowód na to, że twój przyjaciel już cię wcale nie lubi i nie potrzebuje, a ta Iksińska jest na pewno nastawiona wrogo? Otóż wykacza jak cholera i niestety nie tylko mnie, bo leci rykoszetem po otoczeniu, faktycznie psując mi kontakty z ludźmi. Bo co sobie mogą pomyśleć, jak trzydziestoparoletnia baba dostaje na ich oczach ataku płaczliwej histerii i zarzuca im różne dziwne rzeczy? Otóż to, mogą pomyśleć wyłącznie źle. I tu koło histerii zaczyna napędzać się samo, taka szajbnięta szwungszajba, bo, o rany, teraz przeciez już wiem, że myślą o mnie nie najlepiej, że są wściekli i w ogóle. No i wszystko staje się dowodem na to, jak wiele straciłam w ich oczach, każde głupie słowo, każdy brak esemesa, wszystko. Miotam się, nie wiem co robić, paść na kolana i błagać o przebaczenie za moją cyrkową głupotę, czy uciekać od tych osób z krzykiem, w każdym razie udało mi się już własnorecznie doprowadzić do tego, że miejsce, które było moją oazą wytchnienia już nią nie jest. Zdolnam, nie? W pracy trzymam się resztkami sił, a i to zdarza mi się popłakiwać po kątach. Przeważnie jednak opadam jak kapeć w krzesło i jakoś przepycham się przez lekcję aż do upragnionego dzwonka. Przy czym od pracy się to wszystko zaczęło, ale to temat na osobną epopeję. A jeszcze niedawno tak nie było. Czułam się świetnie, pracowicie hodowana pewność siebie rosła jak na drożdżach, cieszyłam się każdym sukcesem, każdą chwilą przyjemności i miałam przyjaciół, którym ufałam. Świat się rozpościerał przede mną, wielki i kolorowy. Było miło, ale się skończyło. Niestety. A ja mam już dość. Dość podłego nastroju, braku sił, drażliwości i widzenia rzeczy które nie są. Chcę z powrotem siebie, zamiast tej histerycznej czarnowidzącej baby, zachowującej się jak ostatnia debilka i zrażającej do siebie ludzi, a do tego egoistki jak się patrzy. Mam dosyć. Zabierzcię tę idiotkę ode mnie i oddajcie mi mnie. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Wiedźma czyta:
Wiedźma pisze:
Wiedźma robi inne rzeczy:
|