Wiedźmy strumień świadomości
Opinia kompletnej wariatki bardzo się przydaje -Holly Golightly
Kategorie: Wszystkie | Babsko | Butlerycznie | Co to ja chciałam... | Fotopstryki | Nienasycony głód | Przekładaniec | Scotland, my love | Skrzeczenie rzeczywistości | Staropanieńskie zrzędzenie | Wiedźma kontra X Muza
RSS
niedziela, 11 października 2009
Kroczem w nowy wygląd bloga
Wiedźma psychofańsko uparłszy się żeby mieć Toda w blogu. No bo skoro mam Uwe na tapetach tu i tam, mam go w komórce (nie tej na wegiel ani pod schodami, w telefonie), ba,nawet ze ścian w moim pokoju łypią boskie niebieskie oczęta, to koniecznie powinnam mieć też Uwe prezentującego klatę w niedopiętej koszuli z żabotem i uskuteczniajacego gimnastykę na promieniu, jako tło bloga. Logiczne, przecież.

Ponieważ szablonów z motywami z Eli nigdzie nie widzialam, sama zabrałam się za majstrowanie w CSSie, co zważywszy na mój absolutny i dokładny brak umiejętności w tej dziedzinie, musiało skończyć się katastrofą.

Najpierw udało mi się, ku mojej wybitnej radości, zmienić tło, na zdjęcie rzeczonego Toda, a potem uprzezroczyścić box z tytułem. Wszystko zaczęło mi się wydawac jasne i proste, kwiecie kwitło mi u stóp, a świat był milusi i puchaty. Przeto z pieśnią ("SIeeebzeeehn Stuuufffeeeeen!!!") na ustach rzuciłam się do pracy. I wtedy CSS pokazał co potrafi i gdzie dokładnie mnie ma.

Zaczęło się od tego, że nie motrafiłam zmienić koloru we wszystkich napisach na blogu jednocześnie. Nagłówek jakoś poszedł, treść wpisu też, ale te tam takie drobnostki na poboczach przybrały barwę w sposób wpybrakowany, to znaczy jedne owszem, a drugie nie. Przeleciałam cały tekst z nosem przy ekranie, szukając tego miejsca gdzie muszę poprawić, ale to miejsce ukrywało się bardzo skutecznie.

Wreszcie skapitulowałam, a kit z tym, byleby było czytelnie. No i tu się dopiero zaczęły schody. Jakiego koloru bym literkom nie dobrała, w jednym newralgicznym punkcie pozostawały radośnie nieczytelne. A miejsce było perfidne, mianowicie... errrm... jakby to delikatnie... Chodziło o krocze szanownego Toda i przysięgam że było nieczytelnie nie dlatego, że mnie parowały szkła. Gdybym walnęła czarną czcionkę, to pewnie tekst na todzich klejnotach bylby ostry jak brzytwa, za to nie byloby go widać wszędzie indziej.

Kiedy doszłam do wniosku, że sobie nie poradzę, zdążyłam już sobie ten koślawy utwór zapisać i opublikować (chwila zapaści umysłowej, najwyraźniej). Nie miałam więc wyboru, musiałam poszukać nowego szablonu, wyprodukowanego ręką fachowca a nie, że użyję lokalnej gwary, takiej guły jak ja.




A to jest wlaśnie pan Tod, który mi robił takie numery. Krocze każdy znajdzie sobie sam.
19:33, bupu
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 września 2009
"Zmierzch" czyli Wiedźma masochistką
Tak, jestem masochistką. Tak, obejrzałam "Zmierzch". I  bardzo proszę żeby ktoś dal mi w mordę, jeśli kiedykolwiek wykażę chęć oglądania któregokolwiek dzieła z tego cyklu. Ten film bowiem jest  zły i to tak zły, że nawet się czlowiekowi śmiać odechciewa.

Nie wiem od czego zacząć, może od tego, co nie było koszmarne, czyli od muzyki, która była zaskakująco dobra. Dość mroczna momentami, niepokojąca, na pewno nie cukierkowa, ani nie emowata. Przyzwoite były również zdjęcia i to wszystkie dobre rzeczy jakie mogę powiedzieć o tym filmie. Reszta była koszmarem i jeszcze mam absmak w sobie.

Aktorstwo? Powiedzieć, że drewniane to obrazić drewno. Główna bohaterka? Ma osobowość rozdeptanej meduzy. Fabuła? Nie stwierdzono. Zamiast tego mamy niekończące się spojrzenia Belli na Edwarda i vice versa, dobrze przynajmniej że nie ma, jak w powieści, niekończących się opisów urody Cullena. Logika? Uciekła szlochając, zgwałcona i sponiewierana, ale inaczej być nie może jeśli film ma byc wierny powieści pani Meyer. Heros bez skazy? Obnosi minę nadąsanego chłopca i źle dobraną szminkę.

Jestem po prostu zniesmaczona, do glębi mych trzewi. Fuj. To trzeba spłukać jakimś prawdziwym filmem.


20:25, bupu , Wiedźma kontra X Muza
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 sierpnia 2009
No przecież żyję...
Wszystkich niezmiernie stęsknionych za mną czytelników oraz Pręgierzan zapewniam uroczyście, że żyję, nie zamknięto mnie w komórce bez dostępu do internetu (czego dowodem liczne wpisy na blipie choćby) i mam się znakomicie. Za wyrazy takie i owakie bardzo dziękuję ;)

Na pręgierzu nie bywam, ponieważ znudziło mnie przekopywanie się przez górę politycznego gnoju, celem znalezienia jakiegoś sensownego posta. Polityka i tak mi się cuchnącymi strumyczkami wlewa w świadomość, nie odczuwam dodatkowej potrzeby nurzania się w niej z głową. Więc podziękować, ale raczej nie wpadnę. No chyba, że stanie się cud i oczyszczony pręgierz wróci do stanu dawnego.

Na blogu bywam rzadko, fakt i moja kulpa, ale wyznam, że drastyczne zmagania z końcówką mojej wstrząsającej powieści wampirycznej wykańczają mnie literacko na tyle, że siły starcza mi poza tym tylko na krótkie blipnięcia. A chcialabym skończyć pierwszą wersję dzieła zanim nastanie wrzesień i pójdę nieść ten kaganiec oświaty wśród biednych dzieciątek. Bo niestety jednak nieść będę, co napawa mnie niewymowną zgrozą. Pocieszam się trzema słowami:

To
Tylko
Przejściowe.

Oprócz tego bez zmian, germanofilia mi się wydatnie pogłębia, jak również uwefilia (od Uwe Kroegera, nie Uwe Bolla, broń Boże). Wciąż kocham czytać, jeść, oglądać musicale, oraz wymądrzać się na tematy różne. I wciąż kłują mnie blędy ortograficzne, a jakże.

A, i oczywiście hoduję koty, ostatnio przybyło trzy. Nie upilnowałam jednej z pań, co się skończyło stanem błogosławionym. Stan błogoslawiony z kolei skończył się cieżkim porodem, rozwiązanym w końcu za pomocą cesarki połączonej ze sterylizacją. Narodziło się dwóch facetów i jedna dama, dwoje  z nich wciąż szuka domu. Zdjęcia kiedyś powiesiłam na blipie, choc od tamtego czasu towarzystwo nieco podrosło i mocno zruchliwiało. Lucyfer, czarny kocurek, opanowal zaś podstawy tresury człowieka i umie już skłonić mnie do wzięcia go na kolana. Jak więc widać młodzież jest zdolna i świetnie się zapowiada.

Tyle komunikatu, teraz zaś idę dac małoletnim mleka, a potem siadam do pisania.
20:21, bupu , Co to ja chciałam...
Link Komentarze (3) »
piątek, 19 czerwca 2009
Upiór po niemiecku
Dawno nic nie było o "Upiorze w Operze" i pewnie wszyscy tęsknią niepomiernie, poza tym w maju minęła kolejna rocznica mojego zderzenia czołowego z tym dziełem, zatem najwyższy czas coś napisać.

Dopadłam ostatnio do niemieckiego soundtracku z filmu i rozbawił mnie on bardzo, momentami każąc podejrzewać że reżyser musiał palić jakiś paskudny towar. Tym co się dziwią że niemiecki soundtrack, i jak to, "Upiór..." był przeciez po angielsku, przypominam uprzejmie że Niemcy maniakalnie dubbingują wszystkie filmy jak leci, musicale też. A nie zdziwiłabym się gdyby i w pornosach zastępowali obcojęzyczne "Yes! Yes! Yes!" swojskim "Ja! Ja! Ja!".

Zdubbingowali więc również "Upiora...", a ja, gnana głodem głosu Uwe Kroegera, dzieło dopadłam i przesłuchałam dokładnie. Pierwszym co poraziło me uszy była Christine, kiepska do bólu zębów. Ja wiem że Jana Werner gwiazdą niemieckiego dubbingu jest, ale na Krychundę to ona się nie nadaje. No nie nadaje się. Wokalizy wywoływaly u mnie wewnętrzny zgrzyt zębów, poniewaz w zapisie graficznym wyglądały tak: HA!-HA!-HA!-HAAAA! przy czym za każdy myślnik wstawić proszę pauzę. Brzmialo to jakby Krychunda śpiewała jadąc w wozie bez resorów po brukowanej drodze (i jeszcze to silnie "napowietrzone" hhhh...)

Aktorstwo litosiernie pominę, chociaż szczerze mnie rozbawiła momentem w lochach, kiedy to na pojawienie się wicehrabiego zareagowała wykrzykując jego imię tak, jakby miała ochotę pacnąć się dłonią w czoło i jęknąć "O nie... Po cholerę ten idiota tu przyszedł?!"

Ale nie po to przecież łapałam za to dzieło żeby się do Krychy ślinić, nie? No. Przechodzimy zatem do Uwiora i to właśnie w tym miejscu zaczęłam podejrzewać że reżyser wspomagał się chemicznie. Nie, nie uważam że obsadzanie Uwe Kroegera jako Upiora to błąd tragiczny, wręcz przeciwnie, jego wykonanie tej roli z Essen zalicza sie do mych najukochańszych, jestem jednak zdania że zatrudnianie Uwe jako głosu Gerarda Butlera to lekkie nieporozumienie. Po prostu głos Uwe pasuje do Gerarda jak pięść do nosa i wół do kożucha.

Dodatkowo Uwe śpiewał dość dziwnie, w niektórych momentach ("Spiegel" na przykład) brzmiąc tak, jakby na piersi usiadła mu któraś z partnerek z "Upiora..." z Essen, Beatrix Reiterer, albo Anne Goerner, nieważne która, one obie duże, i nie mógl biedny porządnie nabrać tchu ani głośno zaśpiewać, taki zduszony. Co ciekawe zduszona maniera utrzymywala mu się na przykład w tych momentach w lochu, kiedy Gerard wręcz ryczał, co bylo dla mnie kompletnie niezrozumiałe. No bo skoro Gerry ryknął, to Uwe powinien też, a tu nie, cichutko.

Kolejna niezrozumiałą rzeczą było to że Uwe zmuszony został przyciąć właściwą sobie energię wokalno-aktorską o połowę, a przecież Upiór Butlera do niemrawych się nie zalicza. Nawet bym powiedziała że wręcz przeciwnie, jest bardzo żywiołowy i emocjonalny. No ale dobrze, pan Kroeger grzecznie wykonał tego Upiora na drugim biegu, zamiast jak zwykle wrzucić piątkę i gaz do dechy, w zupełnie nie swoim stylu. Ale kilka rozkosznych uwizmów ocalało, na przykład w lochu, kiedy Upiór mówi Krystynie że twarz jest jego przekleństwem, przez które nie posmakowal rozkoszy cielesnych, i tak dalej, pojawiło się "PEST!" z pięknie aspirowanym P!, wymawiane z wlaściwą Uwe w tym momencie żywiołową niechęcią, ach ten ryj przeklęty, czy ty widzisz co ja przez niego cierpię, kobieto?

Pomimo wzystkich powyższych mankamentów i tak tego będę słuchać. Albowiem jednak Uwe.
16:01, bupu , Nienasycony głód
Link Komentarze (10) »
sobota, 30 maja 2009
Kur zapiał
Jako iż moja mamusia niestety w tym roku zmaga się ustawicznie z problemami zdrowotnymi (ostatnio udalo jej się pęknąć sobie kość ramieniową przy zamykaniu stajni)  opieka nad jej kurami spadła w zasadzie na mnie. Nad kaczkami, gęśmi i perliczkami też, ale ponieważ ptactwo błotne jest dość mało kontaktowe, a perliczki to zupełne histeryczki i mrugnąć przy nich nie można żeby nie obijały się po ścianach, próbując uciec, będe pisać tylko o kurach, z którymi się zaprzyjaźniłam.

Bo z kurami, proszę państwa, można się zaprzyjaźnić. Wbrew pozorom i porzekadłu o kurzym móżdżku, są to stworzenia bardzo inteligentne, a przy tym niezmiernie ciekawskie i obdarzone wyraźnymi, a zróżnicowanymi osobowościami.

Kurnik mojej mamusi jest podzielony siatką na dwie części, mniejszą i większą. Przed Siatką, czyli część większa to włości Lucyfera, czarnego koguta z czerwonymi plamami na skrzydłach, oraz czerwonym grzebieniem i koralami (a bywają kury tak czarne, że czarne mają wszystko). Lucuś sprawuje władzę absolutną, wita mnie zawsze w drzwiach pełnym godności gdaknięciem i broni przed agresją innych kogutów, a własciwie to innego koguta sztuk jeden. Oprócz tego tłumi w zarodku waśnie między kogutami, broni też kur, bo zdarza sie ze napaleni panowie usiłują posiąść jakąś nieszczęsną kwokę zbiorowo, w trzech czy czterech naraz. Wtedy wkracza Lucyfer i rozpędza towarzystwo na cztery wiatry.

Niestety Lucuś ma też zbójeckie zapędy i z nieznanych mi przyczyn tępi Frania i Józia. Franuś, cały biały, od zawsze był delikatny, a maniery ma hrabiowskie, więc nie potrafi się dopchać do karmidła, szczególnie że Lucka i małego zaczepnego rudzielca imieniem Sean boi sie jak ognia. Żeby więc nie chodził głodny, dostaje jeść w pomieszczeniu obok, zwanym letnią kuchnią. Józek, czerwony kogut szurpaty *, jest już dość wiekowy, czuje się jednak obowiązany do stawania w szranki z każdym agresorem. Bardzo dzielnie bił się z Luckiem, stoczył bój z Seanem i paroma innymi dżentelmenami, ale niestety zawsze przegrywał. Z tego powodu ma problem z dotarciem do karmnika, co kiedyś mama załatwiała wyniesieniem Seana do letniej kuchni i wsadzeniem go pod skrzynkę, żeby sie Józek najadł.

Ale kiedy mamunia zimą poszła do szpitala i do kurnika wkroczyłam ja, Józek popadł akurat w ciężki zatarg z Lucyferem. Stoczyli wielką bitwę, która skończyła się wielkim pościgiem Lucka za Józkiem. Wreszcie znękany Józio zaczął się tłuc po siatce, zastępującej zimą drzwi do kurnika, wręcz błagajac żeby go zabrac od tego szatana. Obawiajac sie ze spróbuje się przecisnąc przez nieduże oczka siatki, wpuściłam go, a cwany pan Józio od razu załapał że tu dają jeść i jest spokój, zacząl więc codziennie  żądać wpuszczania do kuchni. I tak się przyjęło że Józio chodzi jadać z Franiem. Teraz się dodatkowo rozbestwił, lord jeden, bo już nie frunie na próg, pod drzwi, tylko czeka na grzędzie aż go zaniosę do jedzenia.

Franeczek zaś uwielbia o sobie przypominać plącząc się pod nogami i zaglądając w oczy, co w kurzym wykonianiu wygląda dość komicznie. Siedzi taki pierzasty obywatel i patrzy ci w oczy najpierw lewym okiem, a potem prawym, a potem znowu lewym... Lubi też przystawać mi na stopie, a kiedy to nie wystarcza, podlatuje i siada mi na ramieniu, jakby mówił "No tu jestem, nie widzisz mnie? Nakarm mnie!"

No i jest Pan Agresor, rudy, z malym grzebieniem i zlocistą grzywą. Z nieznanych przyczyn od czasu do czasu dochodzi do wniosku że jestem wrogiem oraz rywalem i atakuje moje nogi, co nieodmiennie kończy się zadrapaniami i sińcami. Ostatnio nawet pociekła krew, co mnie z kolei doprowadziło do furii, więc zlałam napastnika wodą z trzymanego akurat w rękach garnka, po czym nałożyłam  mu plastikową tacą po grzbiecie. Bulwersowal sie potem straszliwie i narzekał, ale zaczął mnie obchodzić szerokim kołem. Aż do dzisiaj.

Dzisiejszego przedpołudnia wpadłam do kurnika zebrać jajka. Jedno leżało pod grzędą, więc musiałam ukucnąć żeby tam wleźć. Zabrałam jajo, cofam się, a tu coś z furkotem ląduje mi na plecach. Odwracam się, patrzę, a to pan Agresor,  z miną zupełnie nieagresywną, siedzi sobie na  mnie i oczkami mruga. Posiedział przez chwilę, potem grzecznie kicnął na grzędę. Nie mam pojęcia co to było, może machanie białą chorągiewką w kogucim wydaniu.

Za Siatką jest dwóch panów kogutów, Rudy Rogaty i Uwe. Ten drugi swoje imię wziąl stąd, że jego platynowa grzywa z ciemniejszymi smużkami i wielka dbalość o wygląd nieodmiennie kojarzą mi się z pewnym niemieckim artystą musicalowym. Kto śledzi moje wpisy tu i na blipie, ten wie kogo mam na myśli. Władzę zdecydowanie trzyma Rogaty, przy czym ostatnio zaczął tępić Uwe wręcz przesadnie.

Natomiast żeńska część kurnika to materiał na całkie odrębną historię...

* Szurpaty to taki, który wygląda jak zmoczony i rozczochrany.

14:41, bupu , Co to ja chciałam...
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 20 kwietnia 2009
Hitchcock, Sir Olivier i bluźnierstwa Wiedźmy
Ciągle jeszcze nie wyszłam z rebekowych klimatów, wręcz przeciwnie, jestem na etapie pogłębiania obsesji, za pomocą filmowych adaptacji mojej ukochanej książki. Na pierwszy ogień rzecz jasna poszedł klasyk, dzieło Hitchcocka z 1940 roku, z Laurence Olivierem, Joan Fontaine i Judith Anderson w rolach głównych.

I jak Hitcha kocham, na klęczkach i w ekstazie niemal religijnej, tak się rozczarowałam srodze. Raz że wskazówka na klimatometrze wychyliła się w pole "Selznick" *, zamiast w pole "Hitchcock", co zaowocowało odejściem od mrocznego dość klimatu powieści w kierunku bardziej romantycznym. Dwa, tempo opowieści było raczej dość... dziwne. Najpierw początki znajomości Maxima i Ich **, opowiedziane pospiesznym kurcgalopkiem, potem przez chwilę akcja się wlecze jak polski osobowy, by, od momentu wystąpienia Ich na balu przebierańców, przyspieszyć do pierwszej nadświetlnej, pędząc do końca na łeb na szyję i tratując po drodze klimatyczne w powieści sceny. Oraz omijając co nieco, ze szkodą dla atmosfery.

Wreszcie następuje punkt trzeci, i tu niektórzy zapewne zechcą mnie zlinczować za szarganie świętości. Otóż bowiem, po trzecie, sir Laurence Olivier. Wiem, że Olivier wielkim aktorem był i należy się o nim wypowiadać na kolanach albo wcale, ale ja miałam ochotę zatłuc go jakimś ciężkim przedmiotem, bo spaskudził Maxima jak rzadko. Powieściowy De Winter był sarkastyczny, humorzasty, niekiedy złośliwy, a Ich traktował przez większą część powieści z zabójczą mieszanką dystansu i ojcowskiej pobłażliwości. To drugie usprawiedliwione bylo poniekąd różnicą wieku miedzy nimi, ona młodziutkie dziewczę we wiośnie dorosłości, on, pan w sile wieku, gdzieś po czterdziestce. Niemniej jednak, mimo wszelkich wad Maxim dawał się lubić. Tymczasem Olivier sarkazm i złośliwość Maksia zastąpił gburowatością, a zmienne humory atakami chamskich wrzasków.

Wrzeszczał zaś często i chętnie, zwłaszcza na swoją żonę. No wlasnie, bo i stosunek Maxima do Ich jakby się nieco różnił od powieściowego.  Pan de Winter był wobec niej tak lekceważący i niemiły, że aż dziw brał co ta dziewczyna w nim widziala. Chyba tylko majątek i pozycję społeczną, bo Maxim jako człowiek był nie do wytrzymania.Czy ktoś się jeszcze dziwi że krew mnie zalała?

Dodajmy do tego kompletnie drewniane sceny miłosne i brak emocji u Maxa w momentach gdy powinien nimi kipieć. Podczas balu przebierańców, zamiast wyglądać jak człek porażony oglądanym widokiem, a potem wściekły, Wielki Artysta złapał się za głowę z miną zblazowanej primadonny. I rozdarł się, oczywiście, bo czemu by angielski dżentelmen nie miał drzeć mordy jak przekupka z bazaru Różyckiego. Sytuacji nie poprawiała też Ich, zaryczana przez pół filmu i ćwierkająca głosem bezradnego kurczątka przez drugie pół. Żeby nie Judith Anderson, przecudownie demoniczna jako pani Danvers, tobym nie dotrwała do końca.

Drugim jasnym punktem obsady był George Sanders, grający Jacka Favella. Czarująco oślizgły, wspaniale wredny i do tego obdarzony seksownym głosem. Z przykrością stwierdzam, że Sanders - Favell był znacznie bardziej pociągający niż olivierowy Maxim, co nie było winą George'a zresztą. Wielki Artysta albowiem miał w sobie mniej więcej tyle seksapilu i uroku co zdechły dorsz na bałtyckiej plaży.

Podsumowując, jestem znacznie bardziej wkurzona niż zadowolona, co oznacza że mi się film nie podobał. Sorry, Al.


* Dla niekumatych: David. O. Selznick był producentem tego filmu, a w ówczesnym Hollywood personą niemal wszechmogącą. I mial wyraźne zgięcie w kierunku łzawomelodramatycznym.


** Wzorem twórców musicalu tak nazywam drugą panią de Winter. Ich czyli Ja. Jej imię nie pojawia się bowiem ani w powieści, ani w musicalu, ani w filmie.

20:59, bupu , Wiedźma kontra X Muza
Link Komentarze (1) »
czwartek, 16 kwietnia 2009
Rebecca
Nie było mnie tu ponad miesiąc, czas więc odkurzyć trochę, zebrać pajęczyny i przewietrzyć, bo atmosfera ciut stęchła. Dzisiaj się akurat, proszę państwa, nakręcam "Rebeccą", bo mam obsesję, tak na punkcie książki, jak i musicalu. Książki chyba reklamowac nie muszę... chociaż w tych dziwnyh czasach wszystko jest możliwe, więc może jednak co nieco i o książce napiszę.

Autorką dzieła jest Daphne du Maurier, premierę miało ono w roku 1938. Traktuje o mlodej dziewczynie, której imienia nie poznajemy, a która pracuje jako dama do towarzystwa, a raczej podręczna osoba do pomiatania, nieznośnej Amerykanki, pani van Hopper. Przebywając wraz z chlebodawczynią w Monte Carlo poznaje tyleż przystojnego, co zamkniętego w sobie, Maxima de Wintera, pana po czterdziestce. Zakochawszy się w nim, ku swemu najglębszemu zdziwieniu zostaje żoną Maxima, żoną numer dwa, dodajmy, bo pierwsza zmarla w okolicznościach mrocznych i tajemniczych.

Młodzi małżonkowie w końcu wyjeżdżają do dou Maxima, baśniowej posiadłości zwanej Manderley, gdzie wszystko przestaje być takie bajkowe, a robi się skomplikowane, trudne, a niekiedy wręcz ponure. Pierwsza żona Maxima, Rebecca wciąż jest obecna w myślach mieszkańców i gości Manderley, a pani Danvers, jej wierna slużąca, nie pała miłością do żony drugiej.

"Rebecca" bardziej niż na akcji, bo dzieje się tem niewiele, opiera się na klimacie oraz na wnikliwych portretach psychologicznych bohaterów. Patologicznie nieśmiała druga pani de Winter, z fatalnie niską samooceną, Maxim, ktory nie umie radzić sobie z własnymi emocjami, pani Danvers bałwochwalczo wielbiąca Rebeccę... Wszystkie postacie są wspaniale napisane i mnie ta książka wciągnęła od razu, wręcz z butami, tym bardziej że znakomicie rozumiem drugą żonę Maxima, sama mając podobne problemy, włącznie z wiecznie oklapniętymi włosami ;)

Tę powieść nieocenony duet autorski Kunze-Levay (panowie, padam do waszych stóp w uwielbieniu) przerobił na musical, który premierę miał we Wiedniu, jesienią 2007 roku, a głowne role zagrali: Maxima złotogłosy (i niekiedy złotowłosy) Uwe Kroeger, drugą panią de Winter Wietske van Tongeren, panią Danvers zaś potężna i mroczna Susan Rigvava-Dumas, w której zakochalam się od pierwszego usłyszenia.

To jest "Hilf mir durch die Nacht", duecik państwa de Winter, jako pani de W. akurat nie Wietske, tylko Joana Fee-Wurz, którą, dziwne ale prawdziwe, lubię w tej roli bardziej niż jej pierwszoobsadową zmienniczkę. Głosik Wietske jakoś mi na nerwy działa swoją barwą. Złotogłosy, jak słychać i widać po zmrużonych w wysiłku ócz szafirach, wokalnie był niezupełnie w formie, a trzeba powiedzieć że pan Uwe od ładnych paru lat jest w coraz gorszej formie wokalnej, a w tej chwili stoi zdaje się przed bardzo dużym prawdopodobieństwem że swój głos złocisty straci całkowicie. To jak brzmi w nagraniach z "Rudolfa", w którym aktualnie występuje, a brzmi tam jak koza (i to jest nagranie ze studia. Nie chcę wiedzieć jak Uwe wobec tego brzmi na żywo...), dobitnie wskazuje że z głosu pana Kroegera w zasadzie zostały smętne szczątki.

Szczątki czy nie, aktorsko odwalił kawal brylantowej roboty i popatrzeć warto:



A to moja ulubiona piosenka w wykonaniu Maxima, "Kein Lacheln war je so kalt", gdie Uwe wyciska z siebie resztki swego głosu, z bardzo dobrym rezultatem, aktorsko zaś wspina się na wyzyny. Uwielbiam ten moment gdy wchodzi do domku, po czym z wolna ukazuje się w drzwiach, z tą dziwną półprzezroczystą twarzą ducha, uwielbiam też obłąkane oczy pod koniec i buchające pod chłodne angielskie niebo emocje Maxima.



Trochę chyba ulepszył zresztą postać de Wintera, w moich oczach przynajmniej. Powieściowy Maxim bowiem, którego zresztą uwielbiam, jest człowiekiem który ucieka przed swoimi emocjami i praktycznie spędza na tym całe swoje życie. Nie umie sobie radzić z tym co czuje i w wielu wypadkach nie chce. Natomiast w musicalu de Winter, zachowując wiele czarujących cech swej osobowości (poczucie humoru!) wyzbył się tego wiecznego uciekanctwa, stajac sie człowiekiem zasadniczo dobrym, jak na dżentelmena przystało zazwyczaj powściągliwym w okazywaniu uczuć, a przy tym beznadziejnie zaplątanym w ten cały emocjonalny burdel który, niezupełnie z jego winy, zwalił mu się na łeb.

No dobrze, odczepie się od pana de Wintera, choć z wysiłkiem, bo uwielbiam tak Maxima jak i Uwe, i przejdę do pani Danvers. Drżyjcie narody, nadchodzi Danny, mroczna, posępna i miażdżąca głosem:



Ta kobieta ma wprost cudowny głos. Absolutne mistrzostwo świata. Chociaz musze przyznac że Wegrzy, ktoryz przymierzają się właśnie do wystawienia "Rebeki" też mają na skladzie całkiem niezłe potencjalne panie Danvers. Na przykład Annę Peller:



Natomiast panią Janza ja proszę trzymać z daleka. Jesli ona zostanie panią Danvers osobiście udam się do Budapesztu spuścić łomot osobom odpowiedzialnym za to. Tej kobiecie zdecydowanie brakuje głosu do tej roli.



Ale oczywiście Jej Dostojna Mroczność Susan Rigvava-Dumas nie ma sobie równych jako Danny.



Czy tylko mnie coś w jej głosie przywodzi na myśl Edith Piaf?

Rebeeecccaaa..!

18:05, bupu , Nienasycony głód
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 marca 2009
Haende Hoch
Siedzę ci ja sobie, gapię się na otwarty plik zawierający moją, jakże wspaniałą, powieść i zastanawiam sie co ja teraz, do cholery, powinnam zrobić z głównymi bohaterami. Bo otóż moje opowiadanie wampiryczne, odtrutka na "Zmierzch", rozwinęło sie tak bujnie, że jest już powieścią, sto kilkanaście stron maszynopisu, a jeszcze troszkę do końca zostało. Nie wiem ile bo, jako się rzekło, doznałam kompletnego zatoru pisarskiego.

W zasadzie, zamiast sie wgapiać w tekst, powinnam iść spać, bo poprzedniej nocy za dużo się nie naspałam, zamknięta w niedużym pomieszczeniu z dwiema kocimi dziewicami. Pospalam troche za dnia, ale to nie to samo, a jest tym zabawniej że wysiadło mi światło w pokoju, co oznacza spanie po ciemku. A spanie po ciemku oznacza jeszcze większą możliwość że obudzę się z wrzaskiem. Ale chwilowo poczucie obowiązku każe mi wywalać gały na zatkaną powieść z nadzieją że się przetka.

Oprócz tego słucham obsesyjnie "Hoelle Rache", bo to jedyne co mnie aktualnie koi prócz boskiego głosu Uwe Kroegera (tak, mam manię na jego punkcie, a co, nie wolno?) Przesłuchałam już jakiś milion różnych wykonań i jak na razie w cuglach prowadzą Diana Damrau, pani ktora potrafi każdym morderczo wysokim F przybijać nieszczęsną Paminę do podłogi, i Cristina Deutekom, która całą tę niebotycznie trudną arię śpiewa na pozór bez wysiłku, bez żadnych grymasów na twarzy przedzierając się przez koloratury i triolety, a wszystko czysto i krystalicznie.

Interpretacja Natalii Dessay, ktorą to damę tak w ogóle uwielbiam, do gustu mi za specjalnie nie przypadła. W moich oczach Królowa Nocy to wściekła i zimna suka, która w tej akurat arii manipuluje swoją córką, Paminą, grożąc że się jej wyprze i klątwą obłoży, jeśli ta nie zaciuka Sarastra. A w wykonaniu pani Dessay Królowa jest taką biedną wrażliwą panią w histerycznym ataku. Zdecydowanie nie.

No więc tak słucham "Hoelle Rache", gapię się w tekst, od czasu do czasu sprawdzam jak idzie nowemu musicalowi Franka Wildhorna "Rudolf", we Wiedniu (idzie nie najgorzej, recenzje całkiem przyjemne, zwłaszcza Drew Sarich zbiera pochwały. Uwe niestety dostał parę kopów ale należą mu się, może wreszcie zaświta mu w łepetynie idea pójścia do laryngologa), zmagam się z żołądkiem, ktory postanowił znowu wysiąść i gryzę się tym że napisałam dziś za mało.

No ale nic to, jutro też jest dzień i też coś napiszę. Mam nadzieję. Muszę sobie kupić w końcu ten "Zaczarowany Flet" w całości, Wolfgang Amadeusz Mozart ktory przesladuje mnie od dawna, teraz dopadł mnie z calą siłą i żąda żebym się poddała. No to ja się poddaję. Haende hoch.


00:51, bupu , Co to ja chciałam...
Link Komentarze (2) »
niedziela, 22 lutego 2009
O "Zmierzchu" raz jeszcze
Pewna osoba zamieściła komentarz pod wpisem dotyczącym "Zmierzchu". Jako że odpowiedź na ów komentarz nieco mi się rozrosła, pozwolę sobie zamieścić ją tu, wraz z rzeczonym komentarzem.

No to jadziem!

Gość: , 195.117.179.6

Czytałam "Wywiad z Wampirem", i także uwielbiam Krolocka hmmm i należe też do grona Fanek Edwarda Cullena... i uwierzcie mi nie mam żadnych problemów emocjonalnych... :P i nie lubie Emo... a w Saga Mayer jednak mnie urzekła... hmmm... co jest takiego w tych wampirach... No cóz o Wampirach na pewno wiemy tylko tyle ze nazywa się je tak bo Pija Krew. a co dalej to tylko wymysły poszczególnych wspaniałych twórców... czy gdyby Mayer naśladowała Krolocka i skopiowała jego wampirystyczny schemat to nie została by za to skrytykowana...? Były już wampiry hmmm... co zabijały wszytko co się rusza standardowo z wyrzutami sumienia... bo zabiły by przeżyć... etc etc. no wiec teraz mamy Wampira wegetarianina zakochanego w człowieku... Mayer nie przedstawia już wampiry jako potwory... i ja jestem w stanie zaakceptować ten schemat... według mnie to po prostu fajny pomysł i romans piękny...
Naprawdę bardzo podobała mi się Twoja krytyka.. :) szczególnie ten tekst o Barbie
pozdrawiam


Drogi Gościu!

Primo, wampir jest potworem ex definitione. Meyer przedstawiając wampira jako istotę najzupelniej niepotworną zaprzeczyła podstawom na ktorych opiera się wampiryzm. Wampir, martwiec, wieszczy, upir to istota demoniczna, która zaburzajac rządzące światem reguly powróciła z grobu między żywych. Powtorzmy to jeszcze raz: wampir musi być w jakimś stopniu potworem, bo inaczej nie będzie wampirem.

Secundo, picie krwi nie jest wyłączną cechą wampirów. Są rozmaite inne istoty demoniczne które piją krew, na ten przykład zmory, czy chowańce, a wampirami nie są. Istnieje coś takiego jak wampiryczna mitologia, zrodzona z wierzeń pogańskich, kształtowana i przekazywana przez stulecia w wierzeniach ludowych, potem przetworzona przez popkulturę. Owa mitologia nadaje wampirom pewien zespól cech charakterystycznych. Twórca może ten kanon ponaginać do wlasnych celów, może pominąć to i owo, ale nie może z niego zupełnie zrezygnować, bo jego wampir przestanie być wampirem. I tak się stalo w wypadku Cullenów, ktorzy z wampirami, jako takowymi mają wspolną wyłącznie bladość i apetyt na krew.

Tertio, schemat "wampir zakochuje się w człowieku" też nie jest oryginalny, Wykorzystywano go i w cyklu komiksow "Preacher", i w "Buffy", gdzie było nawet pikantniej bo ludzka kochanka byla tychże wampirów pogromczynią, i w cyklu powieści "The Southern Vampire Mysteries" autorstwa Charlaine Harris, którego adaptacją telewizyjną jest serial "True Blood", i we wspomnianym już "Tańcu wampirów" (bo twierdzę że Krolock czuł do Sary coś wiecej niż to co się czuje do przekąski), i w "Draculi" Johna Badhama z 1979 roku, i w "Draculi" wyreżyserowanym przez Coppolę...
Wampiry powstrzymujące sie od picia krwi (ludzkiej albo i w ogóle) też nie są żadną nowością, że wspomnę Cassidy'ego z "Preachera" który miast posoki preferował whisky, czy Louisa z "Kronik wampirzych" który przez jakiś czas kontentowal się tylko krwią zwierzęcą. Nihil novi sub sole... albo raczej sub luna, bo słońce mogłoby naszym bohaterom zaszkodzić ;)

Quarto, Cullenowie wegetarianami w żaden sposob nie są. Wegetarianin bowiem to taka osoba która żywi się pożywieniem pochodzenia roślinnego, a Cullenowie żywią się krwią zwierząt. Gdyby zatem Eddy na śniadanie wysysal sok z dorodnej marchewki bylby wegetarianinem, a tak może sobie nawyżej być ludoniejadem.




19:52, bupu , Co to ja chciałam...
Link Komentarze (11) »
sobota, 14 lutego 2009
R.I.P. uroczy cynizmie Sawyera...
Tak się ostatnio złożyło że obejrzałam kilka odcinków "Lost", czego nie czyniłam od dawna. Obejrzałam i moja niechęć do tego serialu wzrosła wydatnie. Wprawdzie nie ma już pana Dejtukmajsana, czyli tatusia Walta, za to wciaż występują Kate, Sawyer i Jack, czyli najdurniejszy trójkąt miłosny w dziejach świata.

Jak to możliwe że ta irytująca kobieta po kilku seriach i gazylionie odcinków wciąż nie potrafi się zdecydować którego wybrać? I kica między jednym a drugim ze spojrzeniem łzawookiej gazeli-męczennicy, bo jej przecież jest tak ciężko macać się z dwoma seksownymi facetami naraz. Jeśli miałam jej współczuć to przepraszam, ale nie wiem czego. Kate bawi się swoimi obydwoma wzdychulcami, a oni biegają za nią ziając, jako te psy za suką w rui, zamiast wysłać ją na najbliższą palmę celem prostowania bananów.

Heroina w rozterce jest idiotką, Jack zawsze był nieznośnym bubkiem, którym nic tylko rekiny nakarmić, ale jakby tego było mało zidiociał również Sawyer i to zidiociał ze szczętem. A zaczynał tak pięknie, jako uroczy, cyniczny, czarujący łajdak... Teraz zaś cynizm gdzieś mu wcięło, urok i wdzięk takoż, został półgłówek mamroczący coś o tym że on nie chce wracać do cywilizacji, bo tam jest nikim i wodzący rozpalonymi ślepiami za femme fatale za trzy grosze, czyli Kate. Nic to, że o poranku tego samego dnia Kate aliansowała się z Jackiem i to jego obdarzala łzawymi i powłóczystymi spojrzeniami, to nieistotne, bo kiedy tylko wpadła w ręce Sawyera ten zaczął coś bredzić o chęci zamieszkania z nią na wyspie. Po czym dostał po łbie, bo śmiał miec inny pogląd na temat posiadania potomstwa niż Kate, NO JAK ON ŚMIAŁ?!

Drodzy twórcy "Lost", trójkąt miłosny w skladzie dwóch debili i idiotka nie wzbudzi zainteresowania widza, który co najwyzej zacznie się modlić żeby Locke w przypływie szaleństwa zaciukał całą trójkę. I dzięki za kompletne zniszczenie postaci Sawyera. Wielkie dzięki.
11:34, bupu , Wiedźma kontra X Muza
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 27
następne
Archiwum
Maj 2006
Czerwiec 2006
Październik 2006
Listopad 2006
Grudzień 2006
Styczeń 2007
Luty 2007
Marzec 2007
Kwiecień 2007
Maj 2007
Czerwiec 2007
Lipiec 2007
Sierpień 2007
Wrzesień 2007
Październik 2007
Listopad 2007
Grudzień 2007
Styczeń 2008
Luty 2008
Marzec 2008
Kwiecień 2008
Maj 2008
Czerwiec 2008
Lipiec 2008
Sierpień 2008
Wrzesień 2008
Październik 2008
Listopad 2008
Grudzień 2008
Styczeń 2009
Luty 2009
Marzec 2009
Kwiecień 2009
Maj 2009
Czerwiec 2009
Sierpień 2009
Wrzesień 2009
Październik 2009
Ostatnie notki
  • Kroczem w nowy wygląd bloga
  • "Zmierzch" czyli Wiedźma ...
  • No przecież żyję...
  • Upiór po niemiecku
  • Kur zapiał
  • Hitchcock, Sir Olivier i ...
  • Rebecca
  • Haende Hoch
  • O "Zmierzchu" raz jeszcze
  • R.I.P. uroczy cynizmie ...
Zakładki:
Wiedźma czyta:
AbigaelF
Blog Orlinosa
Magiczny Kuferek
Matka Polka
Najstrukturalniejszy RaV
Typowo po chłopsku
Wesołe jest życie staruszki
Wiedźma pisze:
Danse Macabre
Rzecz o Indianach
Tłumocze i redachtórzy
Wiedźma robi inne rzeczy:
Kącik małej mętażystki
Pisz swój dziennik w Internecie
Pisz blog
Dodaj blog do ulubionych
Blox.pl
poprzedni blog załóż bloga następny blog