|
Opinia kompletnej wariatki bardzo się przydaje -Holly Golightly
Blog > Komentarze do wpisu
Upiorna eskapada
Dawno mnie tu nie było, ale najwyższy czas odkurzyć te kazamaty i napisać słówko o mojej ostatniej eskapadzie do stolicy kraju naszego. Celem wycieczki były dwa spektakle "Upiora w operze" w Romie, przy czym wieczorny był nominalnie ostatni (30 maja), chociaż nie ostatni, bo potem dołożono kilka w czerwcu, ale miał zawierać w sobie wszelkie atrakcje ostatniego, w tym tak zwaną zieleninę.
Towarzystwo doborowe forumek od Tańca Wampirów się zebrało na tego nominalnie ostatniego Upiora, czy raczej Popiora, boć to Upiór nie tyle operowy, co popowy. Dojechałam bez przeszkód, choć zwiastun problemów zamajaczył na horyzoncie, albowiem jeden z rozkładów internetowych informował, ze autobus do Warszawy mam o 7:25, a nie o szóstej z minutami, jak donosiły inne. Pojechałam na szóstą, autobus był. Zatem dojechałam, dotarłyśmy do Romy i zaczęłyśmy się rozrywać. Spektakl pierwszy owszem, nie powiem, rozrywką był. Edyta Krzemień w roli Christine była rewelacyjna jak zawsze, Paweł Podgórski dzielnie (i nader dźwięcznie, jeżeli idzie o głos) sobie poczynał jako Upiór, a jego rywalowi, wicehrabiemu Talikowi też nic nie brakowało. No owszem, w pierwszym akcie nieco mnie zirytował dobitnie demonstrowanym brakiem wiary zarówno w słowa jak i poczytalność drogiej Krysi Daae, ale w drugim akcie błysnął rycerskością, odwagą i innymi przymiotami, rehabilitując się w zupełności. Padał na scenę w pojedynku wręcz przepysznie, Krystynę uwielbiał ogniście, do wroga zionął stosowną nienawiścią oraz wzgardą i ogólnie bardzo mi się spodobał. Pozostali aktorzy byli świetni w obu spektaklach. Złego słowa nie da się powiedzieć o dyrekcji opery, prześmiesznym Reyerze ("To ser! To ser! To ser! Ser! Ser!"), panu komponującym się w kurtynę podczas przemówienia dyektorów w Il Muto, czy też sekcji tanecznej. Pochwały gorące i wyrazy uwielbienia za to należą się przegenialnej Ani Gigiel, która w obu spektaklach demonstrowała gorący temperament divy. Czegóż tam nie było! Tupanie nóżką, miotanie mufką, piski w częstotliwościach godnych nietoperza, wrzaski a'la przekupka, okładanie białemi dłońmi kogokolwiek kto się nawinął, efektowne spazmy, miny "No całujcie me dłonie i sypcie tymi komplementami, to może wam wybaczę. Może." Istne cudo po prostu. Druga wiązanka komplementów przypada Ewie Lachowicz, przewdzięcznej Meg o srebrnym głosiku i ruchach gazeli, w której się niemal zakochałam. Sama słodycz, nie kobieta. Natomiast drugi spektakl, ten z pierwszą obsadą... Boziu kochana, jakiż to był ból! Ból znudzonego umysłu oraz zdrętwiałego na pierońsko niewygodnej dostawce tyłka, a flaki z olejem ciągnące się na scenie o niewygodzie zapomnieć nie pomogły. Nie wiedziałam wcześniej, że z takiego samograja jak Upiór można zrobić taki festiwal nudy. Damian Aleksander usilnie udawał, że jest Gerardem Butlerem, ale nim jednak nie był. Ja film znam na pamięć, niedawno go oglądałam i miałam wrażenie ciężkiego deja vu. Pozy, gesty, miny, rwane z filmu jak wiśnie z krzaka. Tylko wokal nie, bo Aleksander popadł w jakąś dziwnie stękającą manierę, a zaraz potem się zadyszał i do stękającego śpiewu dołożył sapanie, co razem wzbudziło we mnie dziką chęć ogłoszenia w teatrze zrzuty na olej rycynowy, względnie ziele senesu dla tego pana, żeby się przestał tak strasznie męczyć. A wczuwał się w Butlera do tego stopnia, że w momencie, w którym w filmie Butler ciągnie za sznurek i poddusza Raoula, Aleksander pociągnął też, ale za powietrze, bo mechanika hrabiowskiego stryczka była w Romie zupełnie inna i nie było sznurka do trzymania. Ów gest był więc radośnie pozbawiony sensu. Paulina Janczak za to zapatrzyła się chyba w koleżankę po fachu, Edytę mianowicie, bo dziwnym trafem wszelakie akcenty dramatyczne i wzniesienia głosu przypadały jej dokładnie tam, gdzie drugoobsadowej Krysi. Tyle, że talent aktorski nie ten, o wokalu nie mówiąc, więc wypadło to okrutnie kiepsko. Dochodzimy do wicehrabiego. Piotr Domalewski był, dla odmiany, kiepską kopią samego siebie. Kiepską, niemrawą i rozlazłą, nie wykazującą zbytniego zainteresowania tym co działo się dookoła. I tak nieziemsko nudną, że szczęki darły mi się rozpaczliwie w dwie strony na sam jego widok. Ta trójca dobiła spektakl i za taki pokaz nudy na europejskim poziomie to ja dziękuję szlycznie, ale nigdy więcej. Po spektaklu trochę się jeszcze pointegrowaliśmy towarzysko, po czym nadszedł czas odjazdów. I tu, na Dworcu Zachodnim, okazało się, że mój autobus nie istnieje. Owszem, figuruje w rozkładach internetowych, co niezwykle starannie sprawdziłą ukochana ma koleżanka Sabina, ale nie figuruje w rzeczywistości. A to był mój ostatni autobus tego wieczora... Mignęła mi przed oczami perspektywa noclegu na dworcu, na szczęście moje koleżanki miały więcej przytomności umysłu niż ja i błyskawicznie zostałam ulokowana na nocleg u kolejnej koleżanki forumki, którą niechaj Bogowie błogosławią, ją i jej zacną ciocię, za okazaną mi niebywałą gościnność. Przenocowana przez dobrych ludzi dotrwałam rana. Rano pierwszy autobus mi uciekł, bo akurat stolica wyhodowała w swym łonie korek, spowalniając mnie, a pan kierowca postanowił wyjechać przed czasem. Zatem jechałam oryginalnie, wybierając autobus, który jechał w zgrubsza pożądanym kierunku, dając nadzieję na póżniejszą przesiadkę w autobus właściwy. Rzecz jasna musiałam zadzwonić do szefowej i wytłumaczyć się czemu nie będzie mnie na jedynej lekcji, którą miałam tego dnia mieć. Pożegnałam dobroczyńczynię, która odprowadziła mnie na PKS (i po raz kolejny wyrażam gigantyczną wdzięczność!) i pojechałam. Z dwudziestominutowym spóźnieniem, bo skoro już stałam na tym dworcu, to autobus mógł się spóźnić, nie? No. Z dwoma przesiadkami na dworcach, gdzie diabeł mówi dobranoc, a może nawet i dzień dobry, dojechałam do domu, załapując się przy okazji na antypapierosowy pokaz taneczny. PKS darzę od tej poy głęboką nieufnością, ale, drodzy przyjaciele i sąsiedzi... ...Ale już marzy mi się jakiś porządny wakacyjny wypad w świat. Pomijając moją bujnie rozkwitłą austriacką monomanię, i nie będę udawać, że Uwe i musicale nie mają tu nic do rzeczy, jest całkiem niezły kawałek Europy do obczajenia. Tylko ekipy brak! piątek, 04 czerwca 2010, bupu
|
|